Forum IRN - Rozwój Świadomości
Instytut Roberta Noble

Moja przygoda z Magicznymi krokami

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 126
Odpowiedź #120 dnia: Maj 05, 2019, 12:29:21 pm
Modlitwa
 
Na pewno każdy z nas, jeśli się sam nigdy nie modlił, to wie, co to modlitwa i do czego służy.
Modlimy się o zdrowie, o to by nam było dobrze, za innych żyjących lub zmarłych. Generalnie modlić się można z każdego powodu. Mi chytremu, modlitwa zazwyczaj jest potrzebna, gdy chcę coś od Boga niezasłużenie lub tzw. „poza kolejnością”. Oczywiście Bóg musi być jeszcze bardziej chytry, bo cały czas nie daje się na to nabrać.
B pokazał nam jeszcze inne oblicze jakże znanego od wieków rytuału. Pierwsze co mnie zaszokowało to jego stwierdzenie, że modlitwa to forma medytacji służąca głównie do zatrzymania dialogu wewnętrznego. Nie na darmo mądrość ludowa głosi, że rozmawiać z Bogiem można tylko w ciszy – ciszy naszego umysłu. Monotonne, wielokrotne powtarzanie tekstu powoduje wyłączenie umysłu. Wewnętrzna cisza jest kluczem do magii.
B kiedyś zachęcił nas do odmówienia tysiąc razy modlitwy „Ojcze nasz”. Jest to uniwersalna modlitwa znana na całym świecie i uważana przez główne religie. Ważne w tym zadaniu było to, aby liczyć odmówione modlitwy. Podobno po takiej długiej modlitewnej sesji, jest się już na zawsze innym człowiekiem. Może miałem poszarzałe lustro, a może za słabo się modliłem i myślałem w międzyczasie o głupotach, ale nie zauważyłem po sobie efektów tego ćwiczenia.
Modlitwy wykorzystywał w swoim systemie pierwszy nauczyciel B. Od tego czasu, B choć sam jest muzułmaninem, ma u siebie zdjęcie twarzy Jezusa zrobione na podstawie Całunu Turyńskiego, które dostał od swojego Nauczyciela.
Sam niejednokrotnie modliłem się ze strachu, czy w ramach zabezpieczenia się przez ingerencjami innych energii. Modlitwa w takich chwilach pozwala zachować zimną krew i daje opanowanie.
Cieszą mnie strasznie modlitwy moich dzieci, które mam okazję obserwować. Nie dość, że mówią do Boga, aby się modlił za nimi „grzecznymi”, dziękują mu za rzeczy ważne jak zdrowie rodziny, to zawsze do takiej modlitwy  wcisną prośbę o jakąś gumę, czy lizaka. Jeśli Bóg patrzy na nas tak jak ojciec, to łatwiej może się nad nami zlituje, gdy będziemy modlitwę traktowali jak rozmowę z kimś bliskim, a nie tylko formułkę, którą trzeba wypowiedzieć ileś tam razy, aby coś otrzymać.
 
…..
 
Według zasady” tak i nie tak” jest i druga strona medalu.
Bardzo dobrze, że nie każda modlitwa zostaje wysłuchana. Ile to razy prosimy Boga, aby coś złego zrobił komuś w naszym imieniu? Ile armii walczyło ze sobą w imię Boże, modląc się o zwycięstwo? Jeśli Bóg by spełniał wszystkie nasze prośby, ludzi, którzy nie panują nawet przez kilka sekund nad tym co myślą i robią? Myślę, że wszystko miało by swój koniec, już na samym początku.
 
Chyba to właściwy czas na kolejną bajkę.
 
Drzewo życzeń
 
Gdzieś daleko na rozstajach dróg rosło sobie drzewo, które spełniało życzenia. Legenda głosi, że wielu ludzi postradało pod nim życie.
Działo się tak wówczas, gdy ktoś zmęczony usnął pod nim, nie wiedząc o jego magicznych właściwościach. Zazwyczaj podróżny, zaraz po przebudzeniu myślał o zaspokojeniu głodu. Jakież było jego zdziwienie, gdy momentalnie pojawiały się przed nim wszystkie smakołyki świata. Gdy się najadł, myślał o tym, jaki jest spragniony i nagle zjawiały się przed nim różne trunki. Przeważnie podróżny w tym momencie pojmował, że może mieć wszystko, o czymkolwiek zamarzy. W większości przypadków zaczynał w takiej chwili pragnąć bogactwa i otrzymywał olbrzymią fortunę. Kiedy upajał się swym bogactwem, dostrzegał na drodze innych podróżnych i przychodziła mu do głowy myśl, że zaraz go zamordują, aby go ograbić. Niestety drzewo podążało za każdym pragnieniem, czy wyobrażeniem swojego gościa i tym sposobem mało kto mógł skorzystać z jego mocy dłużej niż przez chwilę.
Dlatego tak ważnym jest, aby zawsze mieć pod kontrolą to, o czym się myśli, bo nigdy nie wiadomo czy nie spotkamy na naszej drodze takiego właśnie drzewa.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 126
Odpowiedź #121 dnia: Maj 06, 2019, 11:16:23 pm
Widok z okna samochodu
 
Od kilku lat przełamaliśmy strach związany z tym, aby do B jechać najkrótszą drogą, która prowadzi obok gór Kaukazu. Postanowiliśmy nie objeżdżać wszystkich „niebezpiecznych miast” - znanych z relacjach telewizji, gdzie kilkanaście lat temu była wojna. Różnie to bywa z naszymi wyjazdami i dlatego ciężko nam zaplanować porę dnia w której będziemy przejeżdżać w rejonie najwyższych szczytów górskich. Przywykliśmy już do niskich gór przyległych do Morza Kaspijskiego i kilku wysokich szczytów Piatigorska. W oddali zawsze majaczyły jakieś cienie, ale równie dobrze mogły to być chmury. Każdy miał w świadomości, że gdzieś nieopodal czają się te sławne pięciotysięczne szczyty. Niestety nie zdarzyło się nam nigdy zjechaliśmy z trasy i ich szukać.
Tym razem pogoda dopisała i to co zobaczyliśmy wprawiło nas w osłupienie. Cały czas w zasięgu wzroku widzieliśmy góry sięgające jakieś kilkaset metrów nad poziom horyzontu. Nagle ukazały się nam góry pięciokrotnie przewyższające szczyty, które do tej pory uważaliśmy z duże. Nastąpiła chwila niedowierzania, czy to przypadkiem nie są chmury przypominające szczyty. Gdy stanęliśmy na poboczu i potwierdziliśmy, że to jednak prawdziwe góry, przeżyliśmy szok. Nie wiem jak reszta załogi, ale mi „szczęka opadła” z wrażenia.
Od razu nasunęły mi się dziwne skojarzenia. Góry, które widzieliśmy można porównać do poszukiwań przez ludzi wiedzy. Wszyscy tak jak my, od lat przejeżdżający obok mniejszych gór podziwialiśmy je, myślą o ich wielkości. Całe życie można tak jeździć i nie podjąć najmniejszego trudu by wejść na ich szczyt i je poznać. Nie mieści się też nikomu w głowie, że za tymi górami może być jeszcze inna góra, dużo większa i potężniejsza. Poznanie kolejnych gór pozwala nam dopiero dostrzec prawdziwą wielkość tych pierwszych.
To o czym pisał Castaneda i zaleca cały czas nam B, to jest bliższe poznanie otaczającego nas świata i ludzi. Czasami podziwiamy kogoś z daleka, za coś, co ma miejsce tylko w naszych wyobrażeniach. Boimy się podejść bliżej i zobaczyć, że to co sobie myśleliśmy na czyjś temat, jest zwykłą ułudą. Co by się z nami stało, gdyby się okazało, że ktoś kogo podziwialiśmy, jest takim samym zagubionym człowiekiem jak my?
Czym różni się zamartwianie się o 100 zł czy o 100 tyś. zł? Wydaje mi się, że niczym. Jedyna różnica to tylko skala zer stojąca za jedynką.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 126
Odpowiedź #122 dnia: Maj 07, 2019, 08:06:25 pm
Pomnik Żyguli
 
B miał w młodości Ładę 2102 zwaną potocznie „Żyguli”.  W czasie naszych wcześniejszych wyjazdów wspominał, że rozbił swoją Ładę gdzieś w jakiejś wiosce, a jego auto, lub to co z niego zostało, postawiono na postumencie jako przestrogę dla innych kierowców.
W czasie naszych wyjazdów w góry, B często prosił, aby mu dać pojeździć po górskich nieuczęszczanych drogach. Jednego razu, gdy pojechaliśmy na dwa auta i B kierował w górach naszym Oplem Zafirą, skręcił za szybko przejeżdżając przez strumień i zakopał auto w błocie.  Na szczęście drugi samochód był terenowy z napędem na cztery koła. Dzięki temu udało się go objechać i wyciągnąć. Opel zakopał się tak mocno, że po powrocie do polski mogłem sprzedawać lecznicze błoto, które wydłubywałem przez dłuższy czas z nadkoli.
Przed ostatnim naszym wyjazdem do B dużo ćwiczyłem w związku z rehabilitacją stawu kolanowego. Miałem mało czasu przed sezonem zimowym, więc każdą wolną chwilę poświęcałem na ćwiczenia. Oprócz zabiegów z rehabilitantką chodziłem do pobliskiej siłowni. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku,  że mam tak mało ruchu, że równie dobrze mogę na siłowni ćwiczyć całe ciało. Znalazłem klika maszyn na których mogłem mechanicznie ćwiczyć mięśnie odpowiedzialne za stabilizację punktu połączenia. Dzień po dniu ćwiczyłem z intencją poruszenia punktu scalającego. Na klika tygodni przed wyjazdem do B, moje uczucie stabilności zniknęło.  Nie mogłem skupić wzroku na żadnej rzeczy dłużej niż przez chwilę, gdyż miałem uczucie, że wzrok przykleja się do tego przedmiotu i za chwilę przedmiot przejmie całą moją uwagę. Miałem nieustające wrażenie, że zaraz odpłynę. Kiedyś podczas ćwiczeń Tensegrity udało mi się przestawić punkt scalający. Takiego strachu to jeszcze nie znałem. Strach przepełniał każdą komórkę mego ciała. Drżało całe ciało. Przy tym odczuciu, krótkie zaśniecie za kierownicą podczas jazdy autem to pryszcz.
Gdy rozmawiałem o tym z B bardzo się z tego ucieszył. Pochwalił mnie za to, że własnym wysiłkiem udało mi się rozluźnić swój punkt scalający. Niestety sam nie byłem nastawiony tak do tego optymistycznie. Powiedziałem mu, że problemem stały się moje wyjazdy do pracy. Podczas drogi cały czas bałem się, że stracę kontrole nad tym co robię i mogę spowodować wypadek. B chwilę pomilczał i powiedział do mnie, że teraz już wiem sam czemu on nie ma samochodu tyle lat i nie pcha się zbytnio do prowadzenia auta.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 126
Odpowiedź #123 dnia: Maj 10, 2019, 11:35:00 pm
Gość w dom, Bóg w dom.
 
Kiedyś w czasie muzułmańskiego postu Ramadanu do B przyjechali goście z Polski.
Wszyscy uczniowie i rodzina pościli już kilka dni. Gdy tylko goście pojawili się w drzwiach, żona B nie wiedziała jak ma ich przyjąć. Zgodnie z tradycją, należało poczekać do zachodu słońca, aby było można podać coś do jedzenia. B widząc, że po powitaniach i wizytach gości w toalecie w celu zmycia trudów podróży, żona nadal nie kwapi się, aby podać coś do jedzenia, zapytał ją, czy już nie mają nic w lodówce, gdyż nic nie podała do jedzenia?  B bardzo się zdenerwował, gdy usłyszał odpowiedź, że przecież jest post i trzeba poczekać do wieczora z przyjęciem. Sam wyciągnął co było w lodówce i zaczął szykować przyjęcie. Gdy B postawił na stole alkohol, rodzina i miejscowi uczniowie zdziwieni zapytali go co robi i dlaczego nie szanuje ich tradycji. Zarzucali mu przy tym, że przez te kilka tygodni trwającego  postu, był dla nich wszystkich bardzo surowy i pilnował zawzięcie, aby wszyscy przestrzegali postu i wypełniali nakazy religijne. B przez pewien czas się nie odzywał, pił i jadł zachęcając do tego zdziwionych gości, którzy zarzekali się, że nie są głodni i że mogą poczekać z przyjęciem do wieczora. Gdy już rodzina i miejscowi uczniowie zaczęli jeść i pić, a na domiar wygłaszać toasty zapijając je wódką, B nie wytrzymał i w końcu powiedział co myśli o tak pojętym „sercu i gościnności”. Toast zaczął się od tego, że B pokazując na przybyłych, powiedział o ich wysiłku i poświęceniu,  włożonym w to żeby móc do niego przyjechać. Każdy z przyjezdnych wydał sporo pieniędzy, aby udało mu się przyjechać na tę parę dni, aby móc zobaczy się z B i może przy okazji coś się jeszcze nauczyć. B powiedział, również, że tradycja i post są bardzo ważne i potrzebne w rozwoju każdego człowieka wiedzy. Natomiast najważniejszy w tym wszystkim jest sam człowiek i żeby nigdy o tym nie zapominać. Nie na darmo mówi się we wszystkich religiach i tradycjach, że „gość w dom, to Bóg w dom”. B powiedział też do tych najbardziej oburzonych jego słowami i postępowaniem, że post mogą równie dobrze zacząć po wyjeździe gości, a na świecie od tego, że będą pościć kilka dni po oficjalnym poście nic się nie zmieni.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 126
Odpowiedź #124 dnia: Maj 12, 2019, 10:48:45 pm
Geny
 
Gdy rodził mi się syn, moi rodzice nie byli zadowoleni z faktu, że zadaję się z Buzialką. Ojciec to nawet nie starał się ukryć tego niezadowolenia. Zadzwoniłem do niego i oznajmiłem mu, że został dziadkiem, a on skwitował to wszystko mówiąc, że mało go to interesuje.
Kilka miesięcy po tych narodzinach pojechałem do B. Buzialka z dziećmi została oczywiście w Polsce.
Siedzieliśmy raz z B popijając „herbatę”, gdy nagle B oznajmił, że ma dla mnie zadanie. Nigdy nie lubiłem, gdy musiałem robić coś co wymagało ode mnie dodatkowych nakładów sił. Jeszcze bardziej nie lubię robić czegoś, co wymaga ode mnie dodatkowych nakładów pieniężnych. B wymyślił, że jak wrócę do Polski mam wziąć swoje dziecko i zawieść je moim rodzicom. Oczywiście powiedziałem mu wcześniej z jakim entuzjazmem przyjęli oni jego narodziny. B jednak nie brał w ogóle moich argumentów pod uwagę. Zaraz po powrocie miałem zrobić to co powiedział. Na moje pytanie, a co będzie jak mały zacznie płakać – odpowiedział - że czym więcej będzie się darł, tym będzie lepiej.
Po powrocie powiedziałem Buzialkę co musimy zrobić. Była w szoku, że w ogóle B mógł wpaść na taki pomysł. Na szczęście przez noc przemyślała temat i trochę jej przeszło.
Nie czekając długo zadzwoniłem do swojej mamy, że przyjeżdżamy. Po kilku godzinach byliśmy u mojej mamy. Zgodnie z sugestiami B wszedłem do domu z małym. Postawiłem fotelik na kanapie, dałem małego do rąk babci,  położyłem torbę z pieluchami i kaszką i pod pretekstem, że muszę podjechać do centrum na pięć minut wyszedłem. Buzialka siedziała w tym czasie w samochodzie i ze stresu odpalała jedną fajkę po drugiej. W centrum miasta udało mi się spotkać mojego kolegę ze szkolnych lat, który akurat był w tym czasie z wizytą u swojej mamy. Siedzieliśmy u niego jakąś godzinę, gdy moja mama zaczęła wydzwaniać do minie z pytaniami, gdzie jestem i czemu tak długo nie wracam. Powiedziałem jej oczywiście, że już jadę. Dzwoniła jeszcze kilka razy, a ja za każdym razem mówiłem, że już wychodzę. Po dwóch godzinach wróciłem do niej tym razem z Buzialką. Mały akurat podczas naszej nieobecności cały czas był grzeczny. Babcia zrobiła mi awanturę, że tak długo mnie nie było. Okazało się, że na babcię pomysł B zadziałał. Ważne w planie B była kolejność w jakiej mieliśmy przeprowadzić zapoznanie z wnuczkiem. Powiedziałem mamie, że wybieram się teraz do ojca. Mama stwierdziła, że pojedzie z nami. Niestety nie było tego w naszym planie. Akcję oswajanie małego z dziadkami miały być przeprowadzone pojedynczo. Powiedziałem wtedy mamie, że dostaliśmy właśnie pilny telefon i musimy wracać szybko do teściów. Mama mimo to jednak wybierała się do ojca, gdyż mieszkali i pracowali w innych miastach, a spotykali się w weekendy u ojca. Wyszedłem od mamy i pojechałem szybko do ojca. Miałem dwie godziny przewagi nad autobusem, którym jechała mama. Tyle czasu akurat potrzebowałem. Wysadziłem Buzialkę pod sklepem, gdyż nie chciała jechać pod sam dom ojca. Wszedłem do domu, ojciec siedział w fotelu. Posadziłem małego naprzeciwko ojca w foteliku. Położyłem obok torbę z kaszką i pieluszkami. Wyjąłem małego i wcisnąłem go w jego  ręce. Kazał mi go zabierać, ale szybko wyszedłem i wychodząc powiedziałem, że za pięć minut wracam i żeby go chwilę potrzymał.
Wziąłem spod sklepu Buzialkę i pojechałem do domu mojej koleżanki. Była w dużym stresie. Koleżanka pocieszała ją jak umiała. Te dwie godziny trwały chyba dla niej jak cała wieczność. Na szczęście nie musiałem jej długo tłumaczyć, że tak trzeba. Po dwóch godzinach odebrałem zdziwioną mamę z dworca. Zapytała, gdzie Buzialka i dziecko. Powiedziałem, ze Buzialka jest u mojej koleżanki, a małego zostawiłem u ojca. Matka stwierdziła, że ojciec nie nadaję się na niańkę, gdyż mnie też nie umiał doglądać. Podobno moją kupę zmywał prysznicem w wannie trzymając mnie za jedną nogę. Stwierdziła, że ma nadzieję, że mały jeszcze żyje. Gdy wchodziliśmy do domu spodziewałem się dantejskich scen. Zakładałem, że mały będzie się darł lub krzyczał. B powiedział, że jeśli mały będzie się darł w tym czasie, to dla nas będzie jeszcze lepiej. Sam byłem zdziwiony tą ciszą, lecz w głębi siebie śmiałem się do rozpuku.
Gdy wszedłem do pokoju moim oczom ukazał się następujący widok. W telewizorze leciały obrady sejmu. Ojciec siedział w swoim ulubionym fotelu, a mały po drugiej stronie pokoju w foteliku. Jeden i drugi gapił się tempo w telewizor. Podobno nie krzyczał, a nawet się nie zesrał. Pojechałem i przywiozłem Buzialkę. Przyjechała tez koleżanka by rozładować trochę sytuację. Zjedliśmy obiad i wróciliśmy do teściów. Zrobiliśmy wszystko co założył B. Jego chytry plan przewidywał, że kontakt fizyczny z dzieckiem, zadziała na dziadków w ten sposób, że poczują w nim własne geny na poziomie wyższej świadomości. B powiedział wtedy, że przyjdzie czas, a dziadkowie będą prosić, aby dzieci mogły przyjechać do nich choć na kilka dni. Minęło parę lat od tamtych wydarzeń. Dziadek płacze jak dzieci od niego wyjeżdżają, a babcia już sama nie wie co im kupić, by zadowolić ich kaprysy.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 126
Odpowiedź #125 dnia: Maj 22, 2019, 10:58:12 pm
Zajęcia jogi
 
Od powstanie klubu fitness, czyli mniej więcej od dwóch lat, jestem pierwszym facetem, który od niedawna uczęszcza na zajęcia jogi. Dziś doszło do zabawnej sytuacji. Po skończonych ćwiczeniach, każdy z uczestników ma podpisać kartę uczestnictwa w zajęciach.  Dla wyjaśnienia należy dodać, że na każde zajęcia należy się wcześniej zapisać, gdyż jest więcej chętnych niż miejsc. Klub ustalił, że można to zrobić tylko na tydzień przed ćwiczeniami. Jeśli ktoś zajmie miejsce i nie przyjdzie, zostanie zablokowany i nie będzie mógł rezerwować zajęć przez kolejny tydzień. Zapobiega to wszystko zajmowaniu miejsca i nie przychodzenia na zajęcia.  Dziś po ćwiczeniach podchodzę do kartki, odszukuję swoje imię i widzę, że już jestem odhaczony. Pytam więc zatem wszystkich, czy ktoś omyłkowo nie zaznaczył mnie zamiast siebie.  Nagle jedna z Pań mówi, że zrobiła to za mnie, gdyż zobaczyła, że jestem, a nie podpisałem listy. Powiedziała to w następujący sposób: „jesteś jedynym chłopakiem, i nie zaznaczyłeś obecności, więc postawiłam za ciebie ptaszka”.  Kilka osób parsknęło śmiechem, pozostałe osoby śmiały się próbując powstrzymać mimikę twarzy. Już miałem coś odpowiedzieć, w stylu „a co na to powie moja żona”, ale zdołałem odpowiedzieć jedynie dziękuję.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 126
Odpowiedź #126 dnia: Maj 25, 2019, 12:19:40 am
Wydłużona podróż
 
Podczas jednego z pobytów B strasznie cisnął wszystkich, aby otwierali swoje drzwi i zapraszali innych do siebie w gości. Miała to być według niego, najlepsza metoda na otwieranie swojego serca.
Mieliśmy jechać właśnie do pewnego małżeństwa, które z nami ćwiczyło. B wsiadł do samochodu bardzo zmęczony. Ledwo się drzwi za nim zamknęły, a już usnął na kolanach dziewczyn. Zrobiło mi się go bardzo żal. Postanowiłem dać mu trochę czasu na odpoczynek, gdyż to ja byłem kierowcą.
Wynik mojej jazdy był taki, iż z planowanych pięciu minut drogi, woziłem ich po dzielnicy i okolicach z dobre  pół godziny. Mówiłem pasażerom, że są objazdy, zakazy albo, że jest akurat remont drogi. Najśmieszniejsze jest to, że z nami jechały dziewczyny, które znały drogę i nawet jedna z nich mieszkała w okolicy. Nikt z nich nie zorientował się, że jeździmy w koło. 
Ot taka moja, mała kontrolowana głupota.


 

misy kryszta?owe