Forum IRN - Rozwój Świadomości
Instytut Roberta Noble

Moja przygoda z Magicznymi krokami

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #135 dnia: Czerwiec 27, 2019, 11:22:58 pm
Przyjaciel
 
 
Odkąd zaczęliśmy jeździć do B zawsze nieodłącznym elementem krajobrazu było drzewo rosnące przed kibelkiem. Drzewo było z gatunku morw. B jak i cała Azja wykorzystuje morwy do leczenia. Podobno w czasie drugiej wojny, było to jedyne lekarstwo w okolicy gór Kaukazu. Lecznice są zarówno owoce, kora jak i liście. B opowiadał nam jak kilkanaście lat przed naszym przyjazdem zasadził to drzewo i któregoś razu ktoś mu je połamał. B opiekował się nim aż udało mu się je wyleczyć. Od tamtego momentu w pniu drzewa była wkręcona metalowa szpila, która spinała dwie rozłamane na pół części drzewa. B opowiadał nam o tym drzewie jak o swoim przyjacielu. Powiedział nam, że udało mu się z nim nawiązać kontakt. Nic dziwnego, gdyż przesiadywał w jego cieniu całymi dniami. Sami niejednokrotnie korzystaliśmy z tego drzewa jak z drabiny, zbierając winogron rosnący w jego okolicy. Ścinaliśmy gałęzie i zrywaliśmy liście, które zjadały z szybkością błyskawicy jedwabniki. Nawet, ktoś z nas zrobił na nim punkt do medytacji, gdzie można było przesiedzieć tam długie godziny, nie mącząc się wisząc jak małpa na gałęziach. Z drzewa zrywało się liście parząc herbatę. Do drzewa można było przemawiać wyznając swoje złe postępowanie, gdy ktoś przesadził z alkoholem, a nie miał odwagi z kimś o tym pogadać, kto byłby w stanie go zrozumieć. Można było też do niego przywiązać na kilka minut liną, przyszłych kandydatów na mężów, którzy nie kwapili się porzucić stan kawalerski pomimo zaleceń B. Z liści drzewa korzystało się tez jako zaproszenie wręczane partnerce lub partnerowi, których chciało zaprosić się do tańca.
Kto kiedykolwiek był za bramą magicznego ogrodu B, ma w pamięci drzewo, które stanowiło nieodłączną część serca B.
O dziwo, ku naszemu największemu zdumieniu od tego roku nie ma już w ogrodzie drzewa. Gdy zapytaliśmy B co się stało z drzewem bez jakichkolwiek emocji powiedział, że ścieli drzewo, gdyż zaczęło rozsadzać fundament domostwa.
Dopiero po roku, żona podsunęła mi ten temat do przemyśleń wskazując na ukryty przekaz płynący z tego wydarzenia. Rozmowa nasza zaszła na tematy domu, jego wystroju i przyjmowania gości. Podsumowanie w jej wykonaniu było krótkie. Nawet najlepszy przyjaciel może nim być do momentu w którym nie zacznie przeszkadzać w naszych działaniach. Na szczęście przyjaciół nie trzeba tak drastycznie usuwać ze swojej drogi. Wystarczy, że powiemy im miłej podróży i sami dalej pójdziemy swoją drogą.  


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #136 dnia: Czerwiec 28, 2019, 05:57:41 pm
Programowanie przyszłości
 
Tym razem w końcu B powiedział otwarcie, po co cały czas, opowiada wszystkim tą samą opowieść. Kilka lat temu do B trafił kilkuletni chłopak. Gdy nikt nie widział, pod pretekstem głaskania kurczaków, odbierał im życie, dusząc je lub ukręcając im głowy. Wychowywała go matka, która rozeszła się z jego ojcem. Po kilku latach chłopak wyrósł i zaczął szantażować matkę wykorzystując jej strach przed myślą, że chłopak może woleć mieszkań z ojcem, niż z nią. B doradził matce aby pozwoliła na jakiś czas przeprowadzić się chłopakowi do ojca. Matka chłopaka bała się, że cały świat obróci się przeciwko niej, za to, że pozwala dziecku odejść od jej spódnicy.  Minęło kilka lat,  młodzieniec wyrósł i przyjechał ponownie  do B. Najbardziej zadziwiające jest to, że sam chciał pojechać do B i nikt nie musiał go zmuszać, czy obiecywać „nagród” za udział w wyjeździe. Matka jak również i sam B, jak później przyznał, nie wiedzieli jakie będzie zachowanie młodzieńca. Chłopak jednak szybko odnalazł się u B. Już pierwszego dnia B zaczął wychwalać go przy wszystkich, wskazując na jego otwartość i czyste serce. Codziennie słyszeliśmy po parę razy, jak B cieszy się z chłopca i każe mu przytulać się sercem to do niego, to do matki. Znając możliwości chłopca, ciężko było mi uwierzyć w jego nagłą radykalną przemianę. Trzeba przyznać, że pobyt u ojca mu służył, ale w tak wielką zmianę, trudno mi było uwierzyć. B tak długo i nieustannie go wychwalał, że sam zacząłem się zastanawiać, czy nie mylę się w moich osądach. Kilka dni później po naszym powrocie do domu, podczas rozmowy z B, opowiedział mi, że nadal wszystkim znajomym jacy go odwiedzą, opowiada o chłopaku. Powiedział, że aby go zmienić nie wystarczyło powiedzieć o tym jemu samemu. Trzeba powiadomić o tym fakcie również innych, aby utrwalić tą informację wśród ludzi. Gdy B rozpowiada coś o mnie, programując moje przyszłe zachowanie, trudno jest się od tego wymigać wiedząc, że inni wiedzą jakiego typu zachowanie mogą się po mnie spodziewać. B rozpowiadał wszystkim, że piszę książkę. Siedzę teraz i  męczę się pisząc, mając nadzieję, że jego wizja o tłumie „wielbicielek” mojej o nim twórczości,  w końcu się wydarzy.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #137 dnia: Czerwiec 29, 2019, 08:39:51 pm
Kolejna prowokacja


 
Po przyjeździe do B, gdy byłem u niego tylko ja i moja lepsza połowa- zwana Buzialką, B poddał mnie wielkiej prowokacji. Któregoś dnia postanowił poddać próbie moje ego. Był już wieczór a, że od rana trwały nauki i byłem nimi głęboko zmęczony, nie wspominając o sporej dawce wypitego w toastach alkoholu,  położyłem się spać. Za chwile przyszła Buzialka. Gdy już leżeliśmy przyszedł B i też się chciał z nami położyć. Poza tym od kilku dni cały czas grał na moim ego mówiąc, że Buzialka jest nasza, a nie tylko moja. Należy wspomnieć, że zazdrość w moim ciele ma się do dziś bardzo dobrze. Podkręcony atmosferą, leżąc blokowałem nogami B, by nie kład się obok nas. On jednak nie dawał za wygraną i ciągnąc mnie za nogi cały czas parł do przodu. Dawno temu byłem szkolony do używania nóg w walce i postanowiłem, że wykorzystam tą wiedzę. B szamocząc się ze mną cały czas, nie zważał na ostrzeżenia, że nie dam mu przejść do Buzialki. Nie czekając długo użyłem nóg do obrony i parę razy kopnąłem B tak, że aż stracił równowagę i przewrócił się na nas. Od razu złapał się za głowę i oskarżył mnie o pobicie. Cały czas przy tym powtarzał, że pobiłem go po twarzy. Wypominał, że nie chce mieć takiego ucznia. Wstaliśmy i poszliśmy razem z Buzialką do kuchni. B cały czas lamentował i oskarżał mnie o pobicie. W tamtym okresie miałem wewnętrzny przykaz mówienia prawdy. Powiedziałem, że owszem przyznaję się do kopnięcia go kilka razy ale, że nie było tak jak mówi, że biłem go pięścią w twarz. Po jakimś czasie takich przepychanek słownych B powtórzył, że nie jestem już jego uczniem. Powiedziałem, mu co o tym myślę, że on kłamie, a ja wolę prawdę od jego dalszej nauki i jeśli miałby to być koniec, to przynajmniej wyjdę stąd z podniesioną głową, a nie jak jakiś tchórz. Było mi oczywiście szkoda tych wszystkich lat spędzonych razem i nadziei, że może się w końcu czegoś nauczę, lecz powiedzenie w tym momencie prawdy uważałem za coś więcej warte, niż te wszystkie dotychczasowe nauki. Postanowiłem, że wyjadę od B choćby zaraz. Pomyślałem sobie, że prześpię się w aucie, a jak już będę mógł jechać, to po prostu wrócę do domu. Powiedziałem Buzialce, że jak chce to niech zostaje i uczy się u B dalej. Tak się darłem o wypowiedzenie prawdy, że aż ochrypłem. Buzialka powiedziała, że wraca ze mną i mnie nie zostawi. Widać było po niej, że nie przejęła się wcale tą teatralną inscenizacją. Po kilku dalszych kieliszkach Buzialka zaprowadziła mnie do pokoju i poszedłem spać. Rano jak by nigdy nic B wstał i zaczęliśmy -dzień jak co dzień, od śpiewu i tańców. B więcej nie wspominał o zdarzeniach tamtej nocy.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #138 dnia: Czerwiec 30, 2019, 08:05:29 pm
Przyjmowanie gości
 
Podczas jednego z naszych spotkań z B doszło do dziwnego zdarzenia. Było to przed naszym pierwszym wyjazdem na Kaukaz. Moja mama miała podejrzenia, że trafiłem do sekty i chodziła do punktu informacyjnego zajmującego się sektami, aby wypytać o nasze ćwiczenia.
Oczywiście w punkcie tym dowiedziała się, że nawet sztuki walki są sekciarskie. Postanowiłem przedstawić jej B, by w jakimś stopniu spróbować uspokoić jej obawy.
Spotkali się podczas jednego z naszych spotkań na ćwiczenia. Mieliśmy wtedy ćwiczyć u jednej z ćwiczących dziewczyn. Gdy B siedział i rozmawiał z moją mamą, ta nagle się uśmiechnęła. Kilkuletni syn dziewczyny która nas gościła, uderzył wtedy pięścią w stół i zdecydowanym rozkazującym głosem zażądał, aby w jego towarzystwie nikt się nie uśmiechał, gdyż on tego nie lubi. Wszyscy zdębieli. B rozmawiał dalej, ale było widać, że takie zachowanie dziecka zmieniło wszystkim nastrój. Po kilku dniach, B wspomniał o tym incydencie podczas kolejnego naszego spotkania, które już tym razem odbyło się u kogoś innego. Powiedział wtedy dziewczynie, że takie zachowanie jej syna spowodowane jest tym, że nigdy nikogo wcześniej nie zapraszała do siebie w gości. Jedyna szansa aby zmienić charakter jej syna jest w tym, aby otworzyła drzwi swego domu dla gości i sama nad sobą dużo pracowała, gdyż dużo z zachowania jej syna jest uwarunkowane genetycznie. B powiedział jej, że jeśli ona się zmieni, zmieni się i jej syn.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #139 dnia: Lipiec 02, 2019, 01:42:57 pm
Wychowanie dzieci
 
Wychowanie dzieci jest bardzo trudną sprawą. Wychowanie dzieci na porządnych ludzi jest jeszcze trudniejsze. Żadne podręczniki, czy metody wychowawcze jakie poznałem, nie uwzględniały takiego wychowania jakie zaprezentował nam B.
Pierwszym przykładem z jakim miałem do czynienia był A. Czteroletni syn naszej Gwiazdy. B znał go od urodzenia. Dziecko chowało się bez ojca, więc jedyną osobą uczącą go życia była jego matka.
Gdy tylko przyjechaliśmy do B i zdążyliśmy przekroczyć próg jego domu, B chwycił A i zaczął nim wywijać. A wirował w rękach B jak na karuzeli. Młody ryczał, a Gwiazda stała zrozpaczona nie wiedząc co robić. Pozostali patrzyli na to i nie wiedzieli jak się zachować. Gdyby nie kilka lat znajomości z B i zaufanie jakim go wszyscy darzyli, myślelibyśmy, że B zwariował i znęca się nad dzieckiem.
Po minucie B postawił A na ziemi i poszedł witać innych gości. Parę dni później obudził mnie nad ranem krzyk dziecka dochodzący z domu. Spałem wtedy w piramidzie. Była szósta nad ranem. Obróciłem się na drugi bok i chciałem zasnąć ponownie. Przy tych wrzaskach nie było to jednak możliwe. Po kilkunastu minutach śpiąca obok E wstała i poszła zobaczyć czemu młody tak się drze. Wróciła i powiedziała, że B siedzi z Gwiazdą przy stoliku izajmują się rozmową. B nakazał matce nie zwracać na syna najmniejszej uwagi. Młody darł się w niebogłosy, chcąc zwrócić na siebie uwagę matki.  A nie dał nam spać jeszcze przez dwie godziny.
Gdy po kilku dniach szliśmy w pobliskie góry. B nakazał by A przeszedł całą trasę sam, na własnych nogach. Czterolatek z pomocą M, który pomagał przejść mu najtrudniejsze odcinki trasy, przeszedł kilka kilometrów bez marudzenia i płaczu. Chyba pierwszy raz mógł pokazać światu, że nie jest tylko płaczliwym dzieckiem wymagającym całodobowej opieki. B podsumował całe zamieszanie wokół A stwierdzeniem, że kwoka opiekuje się kurczakiem przez czterdzieści dni. Po tym czasie, nie zwraca nie niego najmniejszej uwagi.
Kolejnym dzieckiem wychowanym przez B jest K, syn małżeństwa, które razem podjęło naukę u B. K od najmłodszych lat znał B i bardzo go lubił. Kiedyś nawet biegł za odjeżdżającym w aucie B i krzyczał, że chce jechać do niego. Po kilku latach marzenie dziecka się spełniło. K nie był tak rozpieszczony w młodości jak A i przez parę lat B nie mieszał się zbytnio do jego wychowania. Gdy K był już u progu dojrzewania, B postanowił jednak uczestniczyć w jego wychowaniu. Podczas jednego z pobytów w D, w tym samym czasie co my, był u B jego siostrzeniec. Był on starszy od K o kilka lat. B nakazał siostrzeńcowi by zajął się K. „Zajęcie się” polegało na tym, że siostrzeniec B, cały czas walczył z K. Nie były to prawdziwe walki, ale nie raz K wychodził tych z zabaw ze łzami w oczach. Po miesiącu takich zabaw, K nie reagował już na drobne zaczepki siostrzeńca i nie obrażał się, gdy tamten się z niego wyśmiewał.
Kiedyś w naszej tradycji też był zwyczaj, że dziecko wychowywało się przy matce do siódmego roku życia, potem trafiało na wychowanie do ojca. Podobno według słów B psychika dziecka kształtuje się do siódmego roku życia. W tych latach jak wychowamy dziecko, tak będziemy mieli w okresie jego dorastania. Kształtowanie psychiki to długi, żmudny proces. Nie da się później w krótkim czasie naprawić, tego co nie było kształtowane przez cały okres wzrostu dziecka.
Kiedyś B opowiedział nam historię swojego syna. Gdy jego syn był w wojsku jego kolega złamał regulamin i syn B miał świadczyć przeciwko koledze. Nie chciał jednak tego zrobić, choć straszono go wyciągnięciem poważnych konsekwencji. B w drodze powrotnej z Polski dowiedział się o kłopotach syna i zajechał do jego jednostki. Dowiedział się o co chodzi i poszedł zobaczyć się z dowódcą jednostki. Zapytał dowódcy jakich wartości chciałby nauczyć swych żołnierzy. Zapytał też, czy dowódca zdradziłby swoich kolegów, aby tylko nie ponieść niezasłużonej kary? Dowódca wezwał syna B i pogratulował mu odpowiedniej postawy. Tamtego żołnierza, który złamał regulamin oczywiście odpowiednio ukarano, ale syn B nie musiał sprzedawać kolegi by ocalić swoją skórę.
Po kilku latach miałem okazję pojechać do B ze swoim teściem. Miał on reprezentować całą rodzinę na ślubie swojego syna z siostrzenicą B. Po kilku dniach naszego pobytu, B nie mogąc zneutralizować wszystkich pretensji rodziny jakie przywiózł ze sobą teść. B postanowił użyć do walki z pretensjami rodziny najlepszej broni. Pewnego ranka dał hasło do pochwycenia teścia i poddania go torturom w postaci łaskotek. Po kilku chwilach łaskotania nawet najbardziej zatwardziały konserwatysta odpuszcza swoje nabyte poglądy. Wszelkie pretensje teścia minęły w oka mgnieniu. Taka zabawa, gdy ma się ponad sześćdziesiąt lat jest dla ludzi wielkim szokiem. Przy takiej zabawie nie można utrzymać w ryzach swojego ego. Pod naporem łaskotania, ludzie resetują swoje ego do poziomu małych dzieci. Po jakimś czasie pozostaje tylko dobra zabawa, bez pretensji o cokolwiek do kogokolwiek.
Najgorsze jest w tym wszystkim to, że na mnie łaskotki nie działają. Przez kilka lat uprawiania walk sportowo, kontakt z przeciwnikiem ma dla mojej psychiki inny wymiar. Jak by to powiedzieć, jestem odporny na łaskotki. Nie mam więc nadziei na pozbycie się ego w tak prosty sposób.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #140 dnia: Lipiec 02, 2019, 07:57:37 pm


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #141 dnia: Lipiec 05, 2019, 03:24:17 pm
Nauka u B
 
Generalnie zanim pójdziemy na jakiekolwiek zajęcia, czy kurs, dowiadujemy się najpierw co możemy się na takich zajęciach nauczyć.  Niektórzy od razu szacują ile na tej zdobytej wiedzy można zarobić w późniejszym okresie.  Idąc na kurs do B skusiłem się na „darmową energię”. Nie wiedziałem nic o Castanedzie i jego ćwiczeniach. W tamtym czasie było mi to obojętne. Równie dobrze zamiast do B, mogłem trafić na kurs dotyczący światła spolaryzowanego i do dzisiejszego dnia sprzedawać lampy. Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy już nie powinien nastąpić okres, gdy będę mógł powiedzieć, że moja nauka nie poszła na marne. Oglądam czasami programy różnych ludzi w Internecie i im po prostu zazdroszczę, gdyż tak łatwo i pięknie reklamują otwieranie trzeciego oka, mówią o pracy z nadświadomością, czy wykonują operacje fantomowe po tygodniowych kursach.  W ich programach wszystko jest dostępne od ręki, a osiągnięcie takiego wielkiego sukcesu jest proste i przyjemne.
Odezwał się do mnie niedawno B i pochwalił się swoim nowym zakupem.  Kupił starą Wołgę. Wszyscy się z niego śmieją, gdyż już od dwóch tygodni nie wyjechał ją za bramę. B tłumaczy, że najważniejsze jest to, że teraz to może w każdym momencie do niej wsiąść i pojechać w swoje ulubione miejsce mocy. Nie musi nikogo prosić o podwiezienie, czy podróżować tam autobusem.  Drugim aspektem zakupu starego auta było to, że naprawa i doprowadzenie do używalności takiego samochodu, wymaga poznania zasad działania poszczególnych mechanizmów. W zdobywaniu wiedzy i doświadczenia, nie ma ograniczeń w wyborze  dziedziny, którą można do tego wykorzystać.  Tak samo można się uczyć pasąc kozy, co naprawiając samochody.
B podczas rozmowy zapytał się mnie czym się tak ostatnio martwię, że nawet nie mam ochoty sam do niego zadzwonić. Próbowałem wymigać się od udzielenia odpowiedzi i powiedziałem, mu że przecież równie dobrze sam może do mnie zadzwonić.  B popatrzył chwilę na mnie i rzekł, że przecież on mi nigdy nic nie obiecywał. Powiedział, że ani razu nie mówił, że otworzy mi trzecie oko. Przypomniał mi, że odkąd się znamy, mówił przy każdej okazji, że to ciężka droga i że praca nad sobą trwa całe życie. Po chwili milczenia musiałem, mu przyznać rację. B nigdy nam nic nie obiecywał. Cały czas podkreślał, że u niego nie dostanie się dyplomu, a wszelkie wysiłki mają służyć ewolucji. B pracuje nad sobą całymi dniami, a każdą zdobytą drobinkę wiedzy wysyła mentalnie do nas, abyśmy i my mogli z tego skorzystać.  Praca jest ciężka i niewidoczna, nawet dla tych którzy z niej bezpośrednio korzystają.  O tak, czasami przyjdzie mi do głowy genialna myśl, do której  jakoś przypadkiem B nawiąże w kolejnej rozmowie. Nawet się nie zastanawiam dlaczego nagle Buzialka i inni ćwiczący, interesują się to samą rzeczą, która nagle pojawiła się w mej głowie.
 
Dzisiaj patrząc na te wszystkie minione lata z B mogę powiedzieć, że doświadczyłem rzeczy o których mi się nawet nie śniło, a to co widziałem można nazwać „cudami”.  Tylko co powiedzieć jak ktoś zapyta po co to ćwiczyć? albo co gorsze, co ci to dało?  Jak zachęcić innych do pracy, gdy samemu jest się jak dziecko we mgle?
 
Jest tylko jedna nadzieja. Jeśli trud włożony przez B nie poszedł na marne, to przyszły „owoc”  będzie świadczyć na jego korzyść.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #142 dnia: Lipiec 08, 2019, 10:36:55 pm
Jak sprzedać pistolet mafii
 
B opowiadał nam, jak jakiś czas przed tym, gdy go poznałem przyjeżdżał robić kursy do naszej stolicy. Pewnego razu po przyjeździe zamieszkał w hotelu w którym zatrzymywała się większość osób przyjeżdżająca handlować do nas za wschodniej granicy. Gdy B ulokował się w pokoju, nagle drzwi otworzyły się z hukiem i od progu jakiś jego rodak, wnosząc swoje walizki, zaczął krzyczeć na osoby znajdujące się w pomieszczeniu. B nie czekając długo, chwycił jegomościa za klapy i wystawił za drzwi. Nakazał mu jeszcze raz wejść do pokoju. Tym razem jednak krzykliwy jegomość miał zapukać i się przedstawić po wejściu. Klient tak był zszokowany taką reakcją na jego zachowanie, że bez słowa sprzeciwu zrobił tak jak nakazał mu B. Po kilku dniach krzykliwy jegomość miał iść sam ze swoimi walizami do pociągu, który miał go odwieźć do domu. Było to w nocy, więc koleś poprosił B, aby go odprowadził na dworzec. Wszyscy handlujący wiedzieli, że dworzec to miejsce w którym lepiej nie chodzić samemu, a nawet kilkuosobowa grupa nie zapewniała tego, że nie trzeba będzie zapłacić swoim rodakom za tzw. ochronę. Oczywiście nikt z osób zamieszkujących razem pokój nie wyraził chęci, aby im towarzyszyć. B z współlokatorem szli więc nocą w stronę dworca dźwigając ciężkie walizy. Przed dworcem podeszło do nich dwoje wyrosłych osiłków. Gdy współlokator już miał pełne spodnie ze strachu o swoje bagaże i zarobione oszczędności, B rzekł tylko do nich, że zna „D” i panowie nie dość, że się rozstąpili to nawet zaofiarowali swoją pomoc w niesieniu ciężkich toreb. Współlokator ze zdziwienia jeszcze długo szedł z rozdziawiona buzią. Oczywiście powiedzieli, że sami sobie poradzą z walizami.
Żeby wyjaśnić sprawę powiązań B z „ochronną” dworca, należy opowiedzieć co stało się kilka dni wcześniej. Otóż B miał coś do sprzedania na stadionie. Oczywiście wszystko było kontrolowane przez jego rodaków i jak ktoś handlował, to musiał się z nimi dzielić zyskiem.
B stał tak sobie wśród handlujących próbując cokolwiek sprzedać z tego co przywiózł. Nagle podeszło kilku wyrośniętych i poprosiło o prowizję. B zapytał ich kto jest ich szefem i powiedział, żeby go zawołali, bo ma coś mu do sprzedania. Po kilku chwilach przyszedł i sam ich szef. B wsadził rękę pod połę marynarki i powiedział do ich szefa, aby ten kupił u niego jego pistolet za sto dolarów. Szef na początku zbaraniał, a potem powiedział, że ma ich tyle, że jeszcze jeden już mu nie jest potrzebny. B trzymając cały czas schowaną rękę, nalegał stanowczo,  i zapewniał jego, że na pewno takiego nie ma i nie będzie żałował zakupu.
W końcu Szef „ochrony” powiedział do B, aby ten pokazał mu tą jego broń. B wyciągnął rękę za pazuchy w której trzymał małą butelkę koniaku. Szef ochrony tak się śmiał, że nie mógł się długo powstrzymać. Nakazał swoim ludziom zostawić B w spokoju i nie przeszkadzać mu w handlu. Powiedział mu też, że bardzo ceni ludzi odważnych i że jak by coś, to żeby powoływał się w mieście na niego.
B po tym zajściu, szybko oddał swój towar sprzedającej obok kobiecie po cenie jego zakupu i  sam poszedł ochłonąć po tej przygodzie do swojego pokoju.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #143 dnia: Lipiec 09, 2019, 05:16:35 pm
Jak nauczyć się mieć nadzieję do końca
 
Pewnego dnia B opowiedział nam jeszcze jedną historię ze swojego życia. Wracał kiedyś do domu z dalekiej podróży. Nie zdążył na pociąg i nie mając, gdzie i za co przenocować w tym mieście, postanowił pojechać autobusem. Jedyny autobus jaki jeszcze był jechał w kierunku wschodnim, czyli jak by to powiedzieć przez pryzmat ogromu obszaru Rosji – do domu.
B nie zastanawiając się długo wsiadł do autobusu, kupił bilet i położył się na siedzeniu spać.
Gdy się obudził był już ranek, a autobus właśnie dojeżdżał do celu. B wysiadł z autobusu i zadowolony z siebie, że udało mu się spokojnie przespać noc i cały czas zmierzać do domu, poszedł do rozkładu jazdy sprawdzić dalszą możliwość podróżowania. Jak to w życiu bywa, że jak jest coś dobrze, to później musi być i też źle, okazało się, że autobus który jedzie w kierunku miasta B odchodzi z tego dworca dopiero po południu. Cóż było robić.
B usiadł na ławce przed dworcem i czekał cierpliwie na autobus. Miasto do którego trafił było bardzo małe, a wszyscy mieszkańcy znali nawet swoje nazwiska. B stał się szybko dla miejscowych atrakcją. Wielu ludzi niby przypadkiem przechodziło koło dworca, aby tylko zobaczyć kto nowy do niech zawitał. Po jakimś czasie B zainteresowali się też miejscowi chuligani. B miał ze sobą dużą torbę podróżną i wszyscy byli ciekawi co też on w niej ma i za ile można by było to sprzedać. Gdy B zauważył, że wzbudza coraz większe zainteresowanie, a do odjazdu autobusu zostało jeszcze kilka godzin, zastanawiał się jak można by było szybko  stamtąd uciec. Zdawał sobie sprawę, że nie dadzą mu spokojnie wyjść z miasta i nie może tym samym okazać strachu. Wyciągnął z kieszeni mały nożyk, który miał ze sobą. Był to raczej breloczek do kluczy niż nóż, którym można było by się bronić. Ułamał z drzewa małą gałązkę i zaczął niby z nudów ją strugać. Po jakimś czasie do niego dotarło, że przecież taki nożyk nie powstrzyma coraz bardziej powiększającej się grupy wielbicieli jego torby.
Nagle pod dworzec zajechała ciężarówka. Kierowca krzyknął, żeby ktoś pokazał mu drogę do jakiegoś tam miasta. B wziął szybko swoja torbę i podbiegł do kierowcy i oznajmił mu, że z chęcią pokaże mu jak dalej ma jechać. Wsiadł do kabiny i był bardzo zadowolony z siebie, że udało mu się wydostać z niebezpieczeństwa. Po przejechaniu kilku ulic B przeprosił bardzo kierowcę, że okłamał go, że zna drogę do celu jego podróży. Tłumacząc się mu jednocześnie, że nie miał innego wyjścia by uciec z dworca. Zaofiarował się też, że sam będzie pytał o drogę, żeby już kierowca nie musiał się tym martwić.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #144 dnia: Lipiec 10, 2019, 11:01:09 am
Święta ziemia
 
Któregoś razu B zaskoczył nas „totalnie” wieścią, że na grób Lenina przyjechało kilku świętych mędrców z Tybetu i przywieźli mu „świętą ziemię”. Wszyscy którzy byli i to słyszeli otworzyli szeroko swoje „gęby” ze zdziwienia. W całym świecie utarł się pogląd, że Lenin przez swoją rewolucję i kontynuatorów swojego dzieła, w postaci J. Stalina posłał tylu ludzi do piachu, że na pewno zasłużył sobie na pobyt w „piekle”. Z tego powodu, wszyscy byli zdziwieni co za „durni” musieli być ci „święci” lamowie, że tego nie odnotowali?
B widząc nasze zmieszane twarze z rozkoszą opowiedział nam ich punkt widzenia, który wyjaśniał całą tą sytuację. Lamowie uważali, że przez warunki jakie zgotował swoim rodakom Lenin, a później kontynuator i tłumacz jego idei dla swoich potrzeb Stalin, cała Ruś odnowiła się w wierze. Lamom nie przeszkadzało, że Rosjanie modlą się w cerkwiach, meczetach czy kościołach, a nie wierzą w Buddę. Ważne było to, że duchowość Rosji wzrosła.
Tak sobie myślę, że może i mi w końcu trzeba iść i podziękować wodzowi rewolucji, za to, że mogąc jeździć na Kaukaz, odczuwam  tam jeszcze do tej pory od zwykłych ludzi, odruchy człowieczeństwa. Dzięki Bogu, że nie dotarł do nich jeszcze tzw. „kapitalizm”, który zagościł u nas i trzeba się sporo nachodzić, aby ktoś bezinteresownie dał ci szklankę wody, czy kromkę chleba, gdy o to poprosisz.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #145 dnia: Lipiec 11, 2019, 11:42:26 am
Drug radnoj – czyli najlepszy przyjaciel
 
Przebiegłość i premedytacja B, udziela się również jego uczniom. W czasie imprezy B zawsze nalewał  swojej uczennicy A pełny kieliszek alkoholu.
A to dziewczyna, która stroniła nawiasem mówiąc od trunków procentowych - „czasami” jak by to dodał B.
W trakcie imprezy zdarza się często, że brakuje alkoholu. Wtedy uratować sytuację zawsze może taka osoba jak A. Zanim ktoś dostarczy nową porcję trunku, wypija się w tym czasie to co się odlało niepijącej osobie.
Najlepiej jak takiemu odzyskowi towarzyszy piosenka „A. drug radnoj, nalewaj!”
Któregoś razu zdarzenie to przypomniało mi się w chwili, gdy akurat skończyło się piwo.
Miałem taką nadzieją, że moja żona nie zdążyła jeszcze wypić swojego. Poszedłem do niej i chciałem opowiadając wspaniałą historię o B i jego uczennicy, podpić  jej trochę piwa.
Pech chciał, że moja żona też jest uczennicą B i wiedząc co jesteśmy w stanie zrobić, wypiła swoje duszkiem- „tak na wszelki wypadek”.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #146 dnia: Lipiec 12, 2019, 01:18:01 pm
Intuicja

Od ostatniego pobytu u B mam wyrzuty sumienia związane z tym, że nic nie zrobiłem ze źle nastawioną temperaturą w bojlerze. Była ustawiona tak, że jak dotykałem kranu by zakręcić wodę, to parzyłem sobie palce. W Polsce maksymalna temperatura wody nie może mieć więcej niż 60 stopni Celsjusza. Zabezpiecza to użytkowników przez poparzeniami doznanymi w czasie kontaktu z taką wodą.
B wymienił w tym roku bojler. Kiedyś był duży, gdyż przyjeżdżały całe tabuny ludzi i tym samym zużywaliśmy do kąpieli, ogromne ilości wody. Teraz, gdy przyjeżdża mniej osób i na krócej, duży bojler nie jest potrzebny. Tym razem było nas kilka osób i pojemność bojlera, była nie wystarczająca. Gdy poparzyłem palec kolejny raz pomyślałem, że może pójdę i powiem B o dopuszczalnych temperaturach jakie mogą być w tego typu instalacji. Miałem okazję by się w końcu  trochę powymądrzać. Jednak wiedząc, że B dobrze wie o tym co mogłem mu powiedzieć pomyślałem, że widocznie zrobił to specjalnie. Taka nastawa temperatury, mogła spowodować, że wszystkim wystarczy wody do kąpieli. Tym bardziej, że pierwszego dnia B wspomniał, żeby oszczędzać ciepłą wodę, gdyż do kąpieli może dla wszystkich nie starczyć. W każdym razie zagryzłem język a, że B obchodził się ze mną bez większych zgrzytów, nie docinałem mu, że się nie zna na ustawieniach wody.
Najgorsze jest to, że któregoś dnia żona B, robiąc coś przy wannie, przypadkiem zahaczyła ręką o kran i poleciał na nią strumień wrzącej wody. Zanim zakręciła kran poparzyła sobie mocno całą rękę.
Czy gdybym się powymądrzał i najwyżej dostał reprymendę za przejawy egoizmu, to żona B nie poparzyła by ręki?
Tego nie wiem. Nie wiem też, czy czasami jak coś mi się zdaję, że powinienem zrobić, to po prostu trzeba to zrobić. Czy mam negować, że czegoś nie wiem, a potem, gdy się to wydarzy udawać zdziwienie?
Czy intuicja to nie bezpośrednie połączenie z tym co się dzieje na około nas z woli Boga?
Paradoksalnie miliony ludzi klepie codziennie „bądź wola Twoja”, chcąc jednocześnie zmiany swojego losu. To już chyba temat na inną bajkę.
« Ostatnia zmiana: Lipiec 12, 2019, 01:45:39 pm wysłana przez dage »


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #147 dnia: Lipiec 13, 2019, 01:06:29 pm
Praca z ciałem
 
Jednym z najdziwniejszych ćwiczeń jakie praktykowaliśmy u B było całowanie po stopach.
Któregoś razu B zapytał mnie, czy mogę pocałować jedną z dziewczyn w stopę? W pierwszej chwili mnie zatkało, gdyż niby czemu mam się tak poniżać i całować kogoś po nogach. Robiłem już dużo większe głupoty w życiu, ale w tym momencie ciężko mi było się przełamać. Dopiero po długich namowach i wykładach, że przecież nic się nie zmieni na świecie jak kogoś pocałuje w stopę, dałem się przekonać. Gdy pocałowałem czyjąś nogę, B wypowiedział swój ulubiony cytat: „no i co się stało, co się zmieniło na świecie od tego co zrobiłeś, drzewo jak rosło tak i rośnie”
Dziś odpowiadam mu szybko jak nie chcę czegoś robić, a gdy widzę, że chce mnie w coś wkręcić: „to Pana drzewo”.
Z tym całowanie po nogach to jeszcze nie koniec. B dobił mnie tym, że któraś z dziewczyn miała mnie też pocałować w stopę. Od razu naszyły mnie wątpliwości o stan świeżości moich skarpet. Od tamtej pory rad nie rad, trzeba był często zmieniać skarpety i myć nogi, gdyż nie wiadomo było czy znów B nie wpadnie na pomysł, żebyśmy się wzajemnie całowali po nogach.
 
Kolejnym dla mnie koszmarem, bo związanym ze zwiększeniem nakładów w środki kosmetyczne i dbanie o higienę, było wyzwanie by przy ludziach, oczywiście tych ćwiczących, nie czuć skrępowania związanego ze swoim ciałem. Któregoś razu po tym jak już mogłem całować się po nogach, B tak nakręcił mnie, że ni z tego ni z owego opuściłem przy stole spodnie. Wszyscy obecni byli w szoku. Ja sam też, gdyż pierwszy raz od dzieciństwa pokazałem się komuś w stroju Adama, ot tak. Oczywiście nie obyło się bez nieodzownego w takiej sytuacji powiedzenia B o rośnięciu drzewa. Po jakimś czasie praktykowania pokazywania się takim jak mnie Bóg stworzył, było już mi wszystko jedno, czy ktoś się na mnie patrzy, czy nie. Grunt, że nie mam od tamtej pory żadnych kompleksów, jeśli chodzi o moje ciało. Przy okazji wyleczyłem się z pewnej psychicznej bariery, polegającej na tym, aby nie pierdzieć nawet u kogoś w toalecie, ani nie załatwiać swoich cięższych potrzeb fizjologicznych poza domem. Czasami pękałem od wzdęć będąc u kogoś z wizytą.  Cierpiałem również nie mogąc się załatwić w pociągu podczas podróży jadąc kilka dni pociągiem na Kaukaz. Teraz wyznaję zasadę, że „śmierć i sranie, gdzie zastanie”. Może to proste powiedzenie i większość z czytelników poczyta to za źródło mojego „buractwa”, ale uważam tą maksymę za podstawę swoich obecnych działań- przynajmniej staram się aby tak było.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #148 dnia: Lipiec 14, 2019, 04:36:07 pm
Dziwna reakcja
 
Podczas jednego ze spotkań siedzieliśmy z B w kuchni. Opowiadał przy okazji też coś o Atlantydzie, co mnie bardzo ciekawiło, ze względu na temat mojej pracy magisterskiej. Potem B pochwalił mnie za to jak mi ciężko i że nikt z grupy o mnie nie myśli. O jaki ja wtedy byłem z siebie dumny. Podniosłem dumnie oczy, a cała twarz i postawa krzyczały patrzcie na mnie i podziwiajcie. W kącikach ust pojawił się dyskretny uśmiech. Moja radość nie trwała jednak długo. Momentalnie B zmienił temat i z dawnego bohatera w ciągu dwóch minut znów siedziałem skulony jak mysz pod miotłą. Od tej pory wiem, że musze wystrzegać się przy B tego uśmiechu samozadowolenia, jeśli nie mam mu dać powodu, aby kolejny raz wysłuchiwać przy wszystkich jaki jestem.
Podczas jednej z takich rozmów B opowiadał coś mojemu koledze, który przyszedł do B jak mu opowiedziałem o jego możliwościach i tym czego uczy. B mówił a ja ledwo mogłem usiedzieć. W głowie mi się kotłowały różne dziwne myśli. Nie mogłem usiedzieć w miejscu i najchętniej rozwaliłbym stół i zdemolował kuchnię. Wytrzymałem tak z godzinę i powiedziałem B, że muszę już iść do domu. Na drugi dzień wróciłem i opowiedziałem B o moim wczorajszym stanie emocjonalnym i o tym, że mam problem z kontrolą myśli i czynów. B powiedział tylko, żebym się nie martwił. Jako przyczynę takiego stanu wskazał przekazywanie nam przez niego wiedzy. Nasze ciała i umysły tak reagowały na zwiększone dawki energii, które dostawaliśmy.
Podobno B ze swoim pierwszym Nauczycielem musieli spacerować w odległości 50 metrów by mogli wytrzymać swoje wzajemne oddziaływania energii.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 167
Odpowiedź #149 dnia: Lipiec 15, 2019, 03:56:01 pm
Swatka
 
Pewnego dnia wstaliśmy dosyć rano i dziwnym trafem zebraliśmy się wszyscy koło patio, przy ulubionym krześle B. Popijaliśmy chłodne piwo, gdy nagle B kazał mi przynieść linę ze składziku znajdującego się za domem. Nie chciało mi się iść samemu, więc kazałem to zrobić młodszemu. K poszedł i po kilku minutach przyniósł plecioną linkę. Spojrzałem na B i od razu wiedziałem co będziemy robić. Przy pełnych gaciach z powodu ataków śmiechu, przywiązaliśmy mojego szwagra do drzewa. B kazał M ogolić się i założyć eleganckie ubranie. Zadzwonił również do swojej rodziny i zaprosił ich na popołudnie. Okazało się, że B ma siostrzenice a M z poprzednią dziewczyną nie mógł dojść do porozumienia i rozeszli się przez naszym przyjazdem do B. Dziewczyna M też kilka razy była u B więc B dobrze mógł poznać jej charakter. B postanowił zostać swatką.
Warto by dodać, że kiedyś swatka była szanowaną osobą. Musiała wykazać się dużą znajomością natury ludzkiej, bo to właśnie od jej decyzji zależało przyszłe szczęście nowożeńców.  Na wschodzie praktykowano również zwyczaj, że przed swataniem, starsze kobiety brały taką przyszłą pannę młodą do sauny i tam przyglądały jej się bacznie czy nauczono ją dbać o higienę. Nie było też w zwyczaju tak jak to teraz u nas jest nagminne, mieszkanie razem przed ślubem, czy spotykanie się razem tylko dla uprawiania tak zwanej „miłości”.
Po południu zjawiła się siostrzenica B wraz ze swoją matką oraz dwoma ciotkami. Postanowiłem wmieszać swoje trzy grosze do tej zabawy. Dorwałem w ogrodzie na osobności dwie ciotki i poprosiłem je o pomoc. Powiedziałem im, że nie mamy doświadczenia w swataniu młodych i nie znamy obyczajów kaukaskich. Chciałem żeby to one tak pokierowały całym spotkaniem, jak to jest przyjęte w ich tradycji. Zgodziły się mi pomóc.
Po obiedzie, siedząc przy stole, dwie ciocie bujając się na huśtawce wypytywały na zmianę, to M to siostrzenicę B, o ich zainteresowanie, pracę, ukończone szkoły. Wieczorem wszyscy się pożegnali i goście poszli do siebie, a my siedzieliśmy nadal przy stole i gadaliśmy o głupotach.
Wróciliśmy do Polski i kilka dni później poprosiłem M, aby pomógł mi w przeprowadzce, gdyż z powodu mojej pracy zmienialiśmy rodziną miejsce zamieszkania. Jadąc z żoną i szwagrem kilkaset kilometrów ciężarowym busem i przewożąc meble, dostaliśmy smsa od B, aby szybko do niego zadzwonić. Gdy zadzwoniliśmy, B zapytał M co on sobie wyobraża, że upłynął tydzień czasu od naszego powrotu do Polski, a M nie zdecydował jeszcze, czy żeni się z jego siostrzenicą, czy nie. Wszyscy byliśmy w szoku.
            Siostra M była przeciwna, ja byłem za ślubem,  M się wahał. Największym, dylematem nie była kwestia samego ślubu tylko jego ewentualna data. Miał się on odbyć na Kaukazie za dwa miesiące.
Podczas dwudniowej trasy busem, M podjął decyzje o ślubie. Najgorzej było przekonać moją żonę, bo to ona w tej chwili miała być sponsorem całej imprezy. Pozostała też kwestia jak powiedzieć rodzinie o tym, że M żeni się na Kaukazie i to w dodatku z  muzułmanką.
Przez cały rok po ich ślubie wszyscy, którzy kiedyś poznali B, pytali czy M sam się chciał się żenić, czy to było spowodowane wolą B.
Dziś widząc ich kilkuletnią wspaniałą córkę, nie mam wątpliwości, że dobrze się stało. Tym bardziej, że jak cała rodzina była przeciw temu ślubowi to mówiłem im, że jak będą z tego wspaniałe owoce to żeby pamiętali czyja to zasługa. Dziś nikt o tym już nie pamięta.
Sam zastanawiam się, czy jak by wcześniej B kazał mi się z kimś żenić to zrobiłbym tak jak on mówi, czy moje zaufanie do niego i w jego możliwości, przegrało by ze strachem i wątpliwościami? Jak znam siebie to jak by mi się dziewczyna podobała to raczej byłbym za ślubem. Gorzej jak by się okazało, że mi się wcale ona nie podoba, a moje oczy nie mogą dojrzeć jej pięknego charakteru i zalet. Wiem to po sobie, że tak to już jest niestety, iż kupujemy towar dobrze reklamowany i koniecznie z ozdobnym pudełkiem.  Mniej się martwimy co dostaniemy tak pięknie zapakowane.
Jak to teraz siedzę i piszę to tak sobie myślę o B, że swatki to mają ciężko w życiu. Jak młodym układa się dobrze w życiu, to nikt o nich nie pamięta. Nie daj Boże w przypadku jakiejś najmniejszej kłótni pomiędzy młodymi, to zawsze, ale to zawsze, najwięcej pretensji ma się do swatki.


 

misy kryszta?owe