Forum IRN - Rozwój Świadomości

Sklep Ezoteryczny szamanskibeben.pl

Autor Wątek: Moja przygoda z Magicznymi krokami  (Przeczytany 3071 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline dage

  • **
  • Wiadomości: 88
Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Odpowiedź #90 dnia: Styczeń 18, 2019, 11:59:51 am »
Gotowanie z żywiołami
 
Na Kaukazie nauczyliśmy się przygotowywać „kaumycki czaj”. Jest to zielona herbata, którą mieszkańcy Tybetu piją z mlekiem, z dodatkiem pieprzu i soli. Sprzedawana jest w „płytach”, sprasowana jak deska paździerzowa. Żeby ją podzielić na kilka osób, cięliśmy ją piłą kątową, gdyż zwykła ręczna piła nie dawała rady. Napój ten jest bardzo kaloryczny i muzułmanie piją go chętnie przed wschodem słońca w czasie Ramadanu. Do smaku można się przyzwyczaić. Bardzo smakuje w chłodne dni i na drugi dzień po imprezie. Gdy znajomi pokazali nam jak przygotowywać herbatę, podkreślali, że trzeba ją przelewać czterdzieści razy podczas gotowania. Nie bardzo wiedzieli po co się to robi i jako powód swoich działań, wskazali na wiekową tradycje.
Podczas ostatniego naszego wyjazdu, B dostał od w prezencie cztery małe złote rybki. Stały w słoiku przy kominku. Na drugi dzień rybki zaczęły się dusić i pływać pod powierzchnią lustra zmętniałej wody. Nie bardzo było wiadomo, jak im pomóc, gdyż nie mieliśmy możliwości udać się do sklepu akwarystycznego, aby zakupić potrzebne akcesoria. Wśród ozdób w pokoju B – kryształów, kamieni, wyrobów rękodzieła, znalazłem mini fontannę. Fontanna przypominała wydrążony dzban w którym kaskadami przelewał się woda. Wymontowałem z niego pompkę i za pomocą wężyka używanego przez B do zlewania wina, stworzyłem system napowietrzania miski z wodą, która posłużyła rybkom za nowe akwarium. Popatrzyłem na swoje dzieło i stwierdziłem, że jest na miarę „gruzińskiej pracy”. Dla przykładu powiem, że „gruzińskie pranie” polega na jednorazowym zamoczeniu pranej rzeczy w balii z wodą. Leniwy Gruzin piorąc ubranie, nawet nie zdejmuje pranych rzeczy z siebie. Najtrudniej było przekonać kota, żeby nie zjadł rybek. Zajął się tym sam B. Gdy kot stał nad miską i wpatrywał się głodnym wzrokiem w pływające w misce rybki, B powiedział do kota, żeby nie ruszał rybek, gdyż to są „nasze” rybki (w znaczeniu - jedne z nas). Kot o dziwo zrozumiał, gdyż choć wielokrotnie przyglądał się rybkom i miał tysiące okazji, to ich nie ruszył. Po kilku dniach pojawił się kolejny problem, gdyż woda w misce znowu zaczęła zakwitać. Tym razem problem rozwiązały dziewczyny. Znalazły aktywny węgiel i zawinąwszy go w gazę stworzyły filtr, który oczyszczał wodę.
Dzięki temu akwarium odkryłem, że Kaumycy przygotowując herbatę dodatkowo napowietrzają ją, dodając żywioł powietrza, do żywiołu wody. Natomiast w naszym akwarium żywioł ziemi pomógł nam oczyścić żywioł wody, a pompka odzwierciedlała żywioł ognia, który wymuszał działanie i przemiany wszystkich żywiołów, aby do wody dostarczyć powietrza.
Gotując z żywiołami nadajemy naszym potrawom nowej jakości, jakiej nie ma w podstawowej wersji pożywienia. Przykładem takiego działania może być pieczenie chleba. Z różnych składników, na skutek zachodzenia różnych procesów chemicznych powstaje chleb, który jak mawia B jest „cudem transformacji”. Proces pieczenia chleba jest też doskonałą alegorią „tworzenia” człowieka wiedzy.

Offline EosCris

  • Global Moderator
  • *****
  • Wiadomości: 798
  • Płeć: Kobieta
    • Sklep Ezoteryczny
Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Odpowiedź #91 dnia: Styczeń 18, 2019, 12:16:45 pm »
Dage, ale mi głównie chodzi o to, co nauczyło Ciebie całe to doświadczenie z B? A Ty wciąż mi odpowiadasz wymijająco, po tym wnoszę, że idziesz w ciemno :)

Offline dage

  • **
  • Wiadomości: 88
Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Odpowiedź #92 dnia: Styczeń 18, 2019, 01:18:14 pm »
Nie wiem co Ci powiedzieć. Moje ciasto na chleb podlega obróbce. Nigdy nie wiesz, czy z tego nie wyjdzie zakalec.
Nie mam listy umiejętności lub dyplomu potwierdzającego, że cokolwiek się uczyłem.

Offline dage

  • **
  • Wiadomości: 88
Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Odpowiedź #93 dnia: Styczeń 18, 2019, 10:17:48 pm »
Kiedyś B, pokazał jak piecze chleb i dał wszystkim zadanie to opisać. Akurat mam opis jednej dziewczyny.
"O tworzeniu chleba
 
… Przed Twórcą Chleba wielka, drewniana taca pełna była mąki z wodą, fragmentarycznie posklejanej w odstręczające, rozmazane zlepki. Na nich spoczywały z niezwykłym spokojem i miłością oczekujące ręce Twórcy.
Dłonie na tle klajstru stanowiły pokrzepiający widok. Były zapowiedzią pewności
w działaniu. Wiedziały ku czemu dążą. Promieniujące z nich ciepło i opanowanie zadziwiały - w zestawieniu z obrzydliwą masą, na której tkwiły.
 
-   Patrzcie na tacę. Jest na niej nietknięta jeszcze mąka. Kiedy dodałem wody, zaczęła się sklejać, rozmazywać i zmieniać postać. To jeden wielki Chaos.
 
-   Pierwszy raz robię chleb i nie wiem jak. Czy mi się uda?
Jak połączyć te przypadkowe grudy, półpłynne, nieuformowane i wymykające się obróbce? Czy wszystkie da się skonsolidować w jedną całość? Może niektóre
z nich, ze źle przesianej mąki, nie poddadzą się wyrabianiu i nie wejdą w jednolitą strukturę?
 
Grudy, faktycznie, były różne. Przywierające i odpadające od dłoni. Jednorodne, połączone z wodą lub opierające się jakiemukolwiek łączeniu: woda sobie, mąka sobie. Gruzłowate i gładkie, rozpadające się już na samym wstępie albo ciążące do zjednoczenia z objawiającą się z Chaosu masą.
 
-   Przyjrzyjcie się mące. Zanim przystąpiłem do przygotowania ciasta doglądałem jej regularnie. Wystarczy na miesiąc zostawić mąkę samą sobie i zalęgną się
w niej robaki. Zepsuje się. Nie można zostawić mąki, zapomnieć ani na chwilę,
że jest i wymaga troski, gospodarskiej ręki, bo zawsze dotknie ją proces rozkładu.
 
-   Dodałem tu wszystko, co znalazłem, co miałem w domu, co miałem do dodania. Dałem znacznie więcej niż daje się do przeciętnego chleba, wszystko, co podyktowało mi serce, co wydawało się, że może uszlachetnić ciasto ponad przeciętność.
Naprawdę wszystko.
Sięgałem na różne półki, na wiele półek. Znalazłem czerwony pieprz i drożdże, typowe i nietypowe pachnące zioła i sól. To eksperyment.
Co jeszcze, może inna proporcja? Spróbujcie, może soli. Może jeszcze jakiejś przyprawy. Trzeba próbować, żeby ostateczny efekt smakowy był najdoskonalszy.
 
Nie ma przepisu. Jest tylko wyczucie Twórcy, całkowite poświęcenie procesowi kreacji. Poszukiwanie wewnątrz siebie rozwiązań, dyktowanych sercem, zdobytych życiowym doświadczeniem w harmonii doboru, tkwiących
w podświadomości, dążących do wykorzystania.
 
-   Wyrabianie chleba to bardzo ciężkie zajęcie. Ileż trzeba siły. Poskładać ten Chaos,  który wymyka się i wyślizguje, kruszy, rozpada albo, wręcz przeciwnie, przykleja. Natrętnie zaś przyklejony przywiera do dłoni całą swą lepką masą – nie do oderwania, nie do usunięcia, męcząco. Wszędzie się wciska – nieprzyjemnie pod paznokcie, boleśnie w pęknięcia skóry, w drobne ranki.
 
Ręce Twórcy Chleba, podążając za Jego słowami, z wielką siłą, spokojem
i cierpliwością poruszają się pośród Chaosu brył o różnej konsystencji. Pracują bez pośpiechu, ale też i bez przerwy, świadome każdego nacisku, każdego kolistego ruchu. Gładzą i ugniatają. Rozcierają i na powrót sklejają. Korygują złą konsystencję powstających brył, bez żalu niweczą własny trud, o ile jego pośrednie efekty nie są zadowalające. I znów budują, od początku, niezmordowanie, uzyskując coraz lepszą substancję, coraz bardziej homogeniczną, coraz bardziej przypominającą ciasto. Wbrew oporowi materii, jej automatycznym sprzeciwom, inercji pozbawionej świadomości masy. Mimo bólu pełnych mąki i soli zadrapań, mimo zmęczenia mięśni i niepewności – czy się uda? Ten pierwszy raz?
 
-   Patrzcie, na razie ciasto jest miękkie. Nie ma swej własnej postaci, podatne na zewnętrzne bodźce, które wpływają na jego nietrwałą konfigurację.
 
Wkrótce potem pośród chaotycznej masy wyodrębniają się pojedyncze strefy
o odpowiedniej konsystencji. Są coraz twardsze, coraz bardziej sprężyste. Powoli wyłania się bryła – Chaos poskładany w początkową, jeszcze niedokończoną formę.
 
-   Tak się robi grupę. Z chaosu, z różnych elementów. Trzeba próbować. Tego dodać. Tamtego dodać. Posolić. Jeszcze wody. Podsypać świeżej mąki.
 
Wreszcie  pod palcami zaczyna materializować się konkretny kształt, już skonsolidowany, wciąż bardziej elastyczny, prężny, samodzielny twór. To już nie płynny zarys, krótkotrwała efemeryda. To pierwszy zwiastun oczekiwanych przemian.
 
Ciasto zaczyna być przyjemne w dotyku. Jednorodne i spójne. Oddaje ciepło dłoniom. Poddaje się ruchom rąk, współpracuje z nimi, odpowiada na ich impulsy. Nie jest już rozproszone po całej tacy. Przestało żyć własnym, iluzorycznym życiem, staje się bytem, zgodnym z koncepcją Twórcy.
 
-   Żeby powstał chleb trzeba jeszcze wielu czynników. Potrzebna jest blacha do wypieku. Musi być piec, a do pieca specjalne drzewo. Właściwa temperatura
i czas pieczenia. Czujność Twórcy, doglądającego ostatecznej obróbki. Wszystkie te elementy muszą być dobrane w odpowiedni sposób, we właściwej chwili, nie wcześniej i nie później, żeby chleb był najwyższej jakości. Ten moment zależy wyłącznie od Twórcy, jego wyczucia i doświadczenia. Nikt inny,
a zwłaszcza ciasto, nie może pomóc.
 
-   Nie ma przepisu. Co zrobić, żeby się udało?
 
Przychodzi wreszcie ów moment,  kiedy Twórca  czuje, że czas przygotować półprodukty do ostatecznej obróbki – pieczenia. Precyzyjnie, nożem – przygotowuje odpowiednie porcje. Skupia się i milknie. Z największą dokładnością nadaje ciastu kształt. Powoli, pewnie, konsekwentnie.
 
-   Jakie piękne ciasto. Jak pięknie pachnie. O ileż piękniej pachnie niż sama mąka. O ileż bogatszy, pełniejszy jest ten zapach.
 
Doskonałe bryły. Jednorodna konsystencja. Ze wszystkich stron tak samo ugniecione.
 
Na koniec szlif, wygładzanie powierzchni pieszczotliwym, pełnym miłości ruchem spracowanych, zmęczonych dłoni. Wszystko zostało już zrobione, wszystko powiedziane.
W cieście spoczywa gotowy do inicjacji program, który zrealizuje się w trakcie wypieku. Nic już nie może być zmienione. Jeśli gdzieś, na którymś z etapów wyrabiania ciasta pojawił się błąd, uaktywni się teraz z całą pewnością.
Twórca Chleba przygotował substancję i wybrał moment. Efekt ostateczny zależy jednak od niej, od skuteczności tkwiącego w niej programu.
Czy będzie rosła czy opadnie? Czy osiągnie niepowtarzalną kombinację lekkości, sprężystości i twardości? Czy będzie mieć zahartowaną, odporną powierzchnię? Delikatne, aromatyczne, smaczne wnętrze? Czas pokaże. Pora na oczekiwanie
i chwile niepewności.
Bolą zmęczone dłonie. Pieką zadrapania, do których dostała się sól. Ciężkie, niewdzięczne chwile pomiędzy twórczym wkładem pracy i ostatecznym jej efektem.
Żmudne oczekiwanie. Nieunikniona komponenta kreacji.
Twórca, jednakże, potrafi czekać. Jest cierpliwy.
 
Jeśli w końcu upiecze się chleb odpowiedniej jakości, będzie wówczas pachnieć najpiękniej. Ten chleb nie będzie sztuką dla sztuki, nietykalnym pięknem
i doskonałością na piedestale. Ten chleb będzie prawdziwym, wartościowym pokarmem, od początku przeznaczonym do spożycia. Wszyscy będą go jedli. Odda na ich użytek, a także na użytek Twórcy cały swój niepowtarzalny aromat
i smak, odwdzięczając się za trud i poświęcenie, karmiąc ciało i duszę.
W ten sposób wypełni zadanie, w ten sposób zrealizuje swoje przeznaczenie."

Offline dage

  • **
  • Wiadomości: 88
Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Odpowiedź #94 dnia: Styczeń 24, 2019, 02:14:44 pm »
Hałsamaty
 
„Hałsamaty” to książka, której poszukiwał na Wschodzie bohater filmu pod tytułem „Niezwyciężony”.  Książka była najbardziej poszukiwanym źródłem mądrości w Azji. Wiedza w niej zawarta dawała np. możliwość  aby tym uciskiem określonego punktu na ciele człowieka móc leczyć, jak też zabijać ludzi. Bohater po długich poszukiwaniach i ciągłej wędrówce od jednego Nauczyciela do drugiego,  w końcu odnajduje to, czego szukał. Jego ostatni Nauczyciel rzuca „Hałsamaty” w ogień, przez co stawia go przed dylematem, czy wyjąć książkę z ognia i podjąć odpowiedzialność za dalsze losy przekazanej mu wiedzy, czy pozwolić na jej unicestwienie w płomieniach.
B od wielu lat na przykładzie tego filmu próbuje zobrazować, jak wygląda trudna Droga Wiedzy. W końcu, po wielu latach udało się nam znaleźć i obejrzeć ten film. W tym roku B włączył film i kazał mi tłumaczyć, co oznacza każde słowo wypowiedziane w filmie. Sprawdzał tym samym, czy dobrze rozumiem sens wypowiedzianych zawartych tam wypowiedzi. Należy dodać, że film jest w rosyjskiej wersji językowej, a mój „rosyjski” zawiera całą masę polskich słów, wypowiedzianych z rosyjskim akcentem, które imitują moją znajomość tego języka. Po wszystkim B zalecił, żebym podjął próbę odnalezienia w Internecie tej książki, której bohater filmu szukał przed stu laty. Film został akurat oparty na faktach, więc taka prośba B nie była do końca bezsensowna. 
Szukaliśmy jej obydwaj przez kilka godzin, tak jak wcześniej szukaliśmy wytrwale nowych kóz do stada B. Wpisywaliśmy nazwę książki do różnych translatorów, gdyż w filmie nie było powiedziane w którym kraju Azji bohater filmu znalazł to, czego szukał. Niestety, nasze wysiłki nie przyniosły pożądanych rezultatów.
Dziś zastanawiam się nad sensem naszych poszukiwań. Jest tyle dziedzin wiedzy, że poszukiwanie jednej konkretnej książki związanej z medycyną nie musi być celem mojego życia. B cały czas mówi, że jego czas dobiega końca i trzeba się śpieszyć z nauką. Może więc chce pokazać nam, jak samemu zdobywać wiedzę, ucząc nas na przykładzie filmu? B powtarzał wielokrotnie, że oddałby wszystko co ma, za możliwość choćby krótkiego spotkania swojego Nauczyciela i dostania od niego choćby odrobiny wiedzy.
Kiedyś po przeczytaniu książek Castanedy myślałem, że wojownik powinien być bezwzględny, a bezwzględność uważałem ze wykorzystywanie innych do swoich egoistycznych celów. Dzięki B udaje mi się właściwie interpretować otrzymywane informacje. Castaneda w swoich poszukiwaniach przez cały czas był korygowany przez Don Juana. Don Juan filtrował działania Castanedy, podkreślając to, co powinno przyciągnąć jego uwagę, a co zajmuje go niepotrzebnie. Obawiam się, że moje poszukiwania wiedzy bez B, skończyłyby się szybko w jakiejś ślepej uliczce. Moje „ego” lubi zajmować się wszystkim tym, co daje mi samozadowolenie, ale niekoniecznie prowadzi do wiedzy. Zamiast głównego celu, jakim jest jej zdobywanie, mógłbym zatracić się w celebracji jakiegoś poznanego elementu i zatracić dążenie do dalszego rozwoju.
Żaden spektakularny efekt, czy umiejętność nie przyniesie mi na szczęście „dyplomu ukończenia bardzo ważnego etapu nauki” i nie da się poprzestać na danym „poziomie” i nie rozwijać dalej. Droga Wiedzy nie ma końca, a im dłużej próbuje nią kroczyć, tym mizerniejszy wydaje się sam sobie człowiek widząc znikomość tego, czego się dowiedział.

Offline dage

  • **
  • Wiadomości: 88
Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Odpowiedź #95 dnia: Luty 07, 2019, 04:04:15 pm »
Medytacja na „chrap”
 
B mawia „mało czasu” mając na myśli to, że życie ludzkie jest za krótkie i należy wykorzystywać każdą chwilę do pracy nad sobą. Dlatego B uczy swoich uczniów ćwiczyć w każdej możliwej sytuacji. Siedząc przed komputerem można ćwiczyć spowolniony oddech, oddychanie przeponą, czy uniezależnienie mięśni anusa od mięśni Kegla. Nawet w zwykłych snach można uzyskać kontrolę nad umysłem i ciałem, wydłużając przez to świadome życie na Ziemi. Już w szkole średniej koledzy podczas nudnych zajęć opowiadali sobie, że zdarza się im uzyskać świadomość podczas snów. W snach mogli wtedy wchodzić pod nadjeżdżające samochody i wiedzieli, że nic im się nie stanie. W tamtym czasie nie interesowało mnie to, co robili moi szkolni koledzy. Kilka lat później sam świadomie zająłem się tym tematem po przeczytaniu książki Castanedy. Uzyskanie świadomości podczas snu jest możliwe. Element, który potwierdza uzyskanie świadomości snu może być dowolny. Jeden z moich kolegów po przeczytaniu książki Roberta Monroe uzyskiwał pewność śnienia pstrykając palcami. Gdy pstryk jego palców włączał światło w pomieszczeniu, w którym się znajdował, miał pewność, że przejął kontrolę nad snem. Inny Robert, tym razem nasz „forumowy” kolega, opisujący w książkach swoje doświadczenia, wskazuje na jeszcze inne sposoby potwierdzenia uzyskania śnienia. Potwierdzenie, na przykład w postaci zobaczenie własnych rąk w śnieniu, powoduje, że uzyskaliśmy kontrolę nad naszymi snami.
Jedno przejęcie kontroli sprawia, że nasze sny już nigdy nie będą takie same. Podczas tego wyjazdu, B każdemu przed snem zadawał temat śnienia. Na początku każdy ćwiczący miał utrzymać uwagę podczas zasypiania. Jeśli komuś uda się uzyskać świadomość w momencie przejścia ze stanu jawy w sen, może np. dowolnie programować treść swojego śnienia. W śnieniu ktoś może szukać natchnienia do tworzenia obrazów, ktoś inny może szukać treści do swojej książki.
W moim przypadku, dzięki predyspozycjom „wokalnym”, znakomitym potwierdzeniem przejścia w sen jest wydanie głośnego chrapnięcia. Chrapnięcie daje mi pewność, że przeszedłem w sen. Zdarza mi się, że jak chrapię to śmieję się sam z siebie. Chrapię tak głośno, że wszyscy wiedzą, że już śpię. Gdy inni uczniowie B w ciągu dnia, po intensywnych ćwiczeniach  chcieli iść odpocząć, a za moim przykładam cwaniacko mówili B, że idą medytować. B śmiał się z tego i mówił im z przekorą, że idą medytować, ale chyba „na chrap”, co oczywiście znaczyło, że po prostu idą trochę pospać… Wygląda na to, że aby nie być uznany za lenia i marnującego cenny czas, wymyśliłem przy tej okazji nową medytację.
 
Śnienie jest mimowolnym przesunięciem punktu scalającego. Gdy ciało zasypia rozluźniają się wszystkie mięśnie, przez co ciało ma dodatkową dawkę energii. Utrzymując świadomość podczas zasypiania wykorzystujemy przesunięcie punktu scalającego. Do jego stabilizacji w nowym położeniu musimy wykorzystać sztuczki opisane w książkach. Wynikiem przesunięcia punktu może być np. sen śniącego o spadaniu w przepaść. W tym czasie możemy zaobserwować, że ciałem fizycznym takiej osoby lekko wstrząsnęło.
B będąc kiedyś w Polsce wybrał się swoim śniącym ciałem odwiedzić rodzinę na Kaukazie. Wszystko byłoby normalnie, gdyby nie to, że nie zauważył, że jego energetyczny sobowtór porusza się do góry nogami. Ratując całą sytuację B musiał sprawił, że wszyscy, którzy go widzieli, zapamiętali, że był to tylko sen. Najbliższa rodzina B, gdy pytałem ich o to wydarzenie potwierdza, że mieli sen, w którym widzieli B stojącego na głowie, w czasie w którym przebywał on w Polsce.

Offline dage

  • **
  • Wiadomości: 88
Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Odpowiedź #96 dnia: Luty 12, 2019, 09:08:23 pm »
Myśli
 
O tym aby kontrolować swoje myśli przekonał się B będąc u swojego Nauczyciela w górach. B odwiedził swojego Nauczyciela, który zaproponował mu poczęstunek herbatą. B rozmawiając z nim kurtuazyjnie o pogodzie zauważył, że herbatę i ciasteczka podała bardzo piękna młoda dziewczyna. B gdy zobaczył, że ma ona również czyste serce od razu wpadł na pomysł aby ożenić ją ze swoim synem. Nim oczyma wyobraźni B skończył żenić syna, jego Nauczyciel przedstawił mu dziewczynę jako żonę swojego wnuka. B zawstydził się, gdyż dotarło do niego, że jego Nauczyciel odczytał jego myśli. Nauczyciel, aby zakończyć temat zapytał B, czy uważa, że jego wnuk mógłby mieć inną żonę? Uśmiechnął się przy tym, dając B do zrozumienia, że jak zobaczył pierwszy raz tę dziewczynę, to pomyślał tak samo jak B. B teraz często mawia: „Jaki Pan - taki kram”. Tak to właśnie, widząc czyste serce dziewczyny jeden wydał ją za wnuka, a drugi chciał ją żenić ze swoim synem. 

Offline dage

  • **
  • Wiadomości: 88
Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Odpowiedź #97 dnia: Luty 12, 2019, 09:09:19 pm »
Spacer
 
Kilkadziesiąt lat temu B mocno chorował. Dowiedział się od znajomych , że w drodze do Azji przez jego miasto będzie przejeżdżał jego Nauczyciel. Intensywnie o nim myśląc chciał przyciągać go do siebie myślami. W momencie, gdy w drzwiach B stanął Nauczyciel, B od razu krzyknął w jego stronę – wiedziałem, że przyjedziesz.  Nauczyciel przez kilka dni leczył B. Po jakimś czasie wybrali się razem na spacer. Gdyby obserwować ich zachowanie z boku, wyglądało to tak, że jeden szedł za drugim w odległości kilku metrów. Zapytaliśmy go o przyczynę takiego dziwnego dla nas zachowania. B zaśmiał się tylko i powiedział, że jego Nauczyciel miał tak dużą energię, że razem długo nie mogli wytrzymać jeden obok drugiego, ze względu na wytwarzane pomiędzy nimi wibracje. Właśnie ze względu na geometryczny przyrost energii wytwarzanej przez kolejne ćwiczące razem osoby, warto jest ćwiczyć w grupach. Pojedyncza osoba nigdy nie uzyska takich rezultatów, jak grupa.  Ze mną też ciężko wytrzymać, jak by to powiedziała moja Buzialka. Niestety nie mogę zwalić tego na mój poziom mocy, tylko na wredny charakter.

Offline dage

  • **
  • Wiadomości: 88
Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Odpowiedź #98 dnia: Luty 13, 2019, 06:44:21 pm »
Przyczyny konfliktów
 
Często w czasie spotkań z B byłem świadkiem burzliwych wymian poglądów, czy nawet rękoczynów. Według B obserwacja ludzi, z którymi spotykamy się na co dzień, pozwala doświadczać nam różnych osobowości, charakterów, temperamentów, wychowania. Z perspektywy czasu widzę, że ludzie na całym świecie są tacy sami. Maski, jakie sami przywdziewamy, opadają jak liście, gdy tylko powieje odpowiedni wiatr.
Kiedyś, podczas mojego pobytu na Kaukazie, do B przyszła grupa jego znajomych profesorów z uczelni, na której kiedyś wykładał. Dopóki wszyscy mieli się pod kontrolą, impreza przebiegała gładko, jak na herbatce u królowej angielskiej.
Gdy jednak alkohol zaczął uderzać wszystkim do głów, rozmowy zeszły na poziom krocza i żartów ze wszystkiego i wszystkich. Po kilku następnych toastach, rozmowy przeszły na politykę i narodowości. Na Kaukazie żyje obok siebie kilkadziesiąt narodowości. Każda ma inny język, kulturę i aspiracje polityczne. Gdy wspólny wróg w postaci Związku Radzieckiego i komunizmu jednoczył ich wszystkich, żyli spokojnie w zgodzie i poszanowaniu swoich odmienności. Wystarczyło dać im tzw. wolność i zaczęli wyniszczać się między sobą.
Profesorowie reprezentowali rożne nacje i w czasie dalszych rozmów nie mogło obyć się bez poruszania tematów, kto jest kto. Gdy rozmowy przybrały burzliwy charakter,  B wyprosił z imprezy wszystkie kobiety, pod pretekstem przygotowywania obiadu.
Przy stole zostali tylko goście, B i jego męska część uczniów.
Nagle jeden z gości powiedział coś o matce drugiego profesora, wypominając przy tym jego narodowość. Ten nie czekając chwycił ze stołu nóż i zaczął nim wymachiwać w kierunku tego pierwszego, grożąc mu śmiercią za tak dla niego obraźliwe słowa.
Nagle dwóch uczniów B znalazło się za wojowniczym profesorem, a B z rękami podniesionymi do góry i z dłońmi w geście uspokajania podchodził do niego powoli prosząc, aby się uspokoił. Gdy uczniowie zajęli pozycję do nagłego rozbrojenia agresora, B dał głową znak, żeby nikt nie reagował i że on sam załatwi sprawę. B podszedł do profesora na odległość wyciągniętej ręki. Niby przypadkiem przeciągnął dłonią po ostrzu noża. Krew ciekła mu po ręku. Zakrwawioną rękę, B cały czas trzymał przed oczami profesora. Ten widząc krew od razu opadł z animuszu i odłożył nóż. Sytuacja szybko się rozładowała, a krewcy profesorowie powrócili do stołu i rozmawiali sobie, jakby nic się nie stało.
Kiedyś wyczytałem u Castanedy, że aby zobaczyć prawdziwe oblicze człowieka, wystarczy się do niego zbliżyć. Wtedy pryska cały czar aury naszych wyobrażeń o danej osobie.
B, jako jedną z głównych przyczyn wszystkich konfliktów, wskazywał na pewną cechę w charakterze ludzi - postawę „JA WIEM”. Ludzie którzy mówią „JA WIEM””, nigdy nie biorą pod uwagę, że ktoś inny może też mieć rację. Spotkanie grupy osób z podejściem „JA WIEM” przypominałoby omawianie pudełka od butów. Każdą z jego ścianek reprezentowałaby jedna osoba. Każda z takich osób dowodziłaby reszcie, że pudełko to właśnie jej ścianka. Byłyby też głosy, że pudełko to dziura w pudełku, oraz materiał z którego jest wykonane.
Z takiego subiektywnego postrzegania rodzą się konflikty. Brak porozumienia kończy się próbą narzucenia siłą swojego punktu widzenia innym. W dzisiejszym świecie najmądrzejszy jest ten, kto ma przewagę w uzbrojeniu. W dyskusji często nie liczą się niestety silne argumenty, tylko argumenty siły.
Wiedza – na przykładzie takiego pudełka po butach - byłaby umiejętnością postrzegania wszystkich ścianek naraz. Człowiek, który posiada wiedzę, nie będzie się tez upierał, że wie już wszystko, gdyż zawsze może się znaleźć ktoś, kto dorzuci kolejny punkt widzenia na jego pudełko.
Dobrze, że czasami w trakcie kłótni z żoną, jak się zacietrzewię, to przypomina mi się ta bajka o „Siedmiu Nauczycielach”. Patrzę wtedy na siebie tak jakby trochę z boku. Nie wiem czy śmiać się wtedy, czy płakać.

Offline dage

  • **
  • Wiadomości: 88
Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Odpowiedź #99 dnia: Luty 14, 2019, 09:52:00 pm »
Musztarda sposobem na pamięć serca
 
Największym skarbem, jaki może gromadzić człowiek zajmujący się drogą wiedzy, są jego wspomnienia.  Nie każdy rodzaj wspomnień możemy jednak nazwać skarbem. Cenne są wspomnienia przejawów serca. B cały czas powtarza, że jego kapitałem są wszystkie wspomnienia związane z dobrocią i ciepłem, jakie otrzymał od innych ludzi. Przechowuje w swej pamięci każdy, nawet najmniejszy gest. W ciężkich dla niego chwilach przypomina sobie, co się wydarzyło w przeszłości i dzięki przywoływaniu wspomnień „rzuca się z nadzieją na nowo budzący się dzień” – jak to śpiewa pani Geppert.  
Jedna z dziewczyn z Kaukazu przechowuje swoje ciepłe wspomnienia w szafce z przyprawami. Podczas przyrządzania obiadu wziąłem z szafki kilka przypraw i postawiłem na stole. Przyrządzając potrawę wrzucałem do garnka to, co uważałem za potrzebne, aż do momentu, gdy w kuchni pojawił się B. Zobaczył co robię i powiedział, żebym odłożył musztardę.  Zapytałem go zdziwiony, czy sądzi, że musztarda nie będzie pasowała smakiem do całości? Odpowiedział zanosząc się ze śmiechu, że nie o to chodzi. Wyjaśnił, że ostatnim razem, jak był u niego nasz kolega z Polski, zajadał się przez cały czas pobytu przywiezioną z Polski  musztardą.  W przerwach pomiędzy posiłkami, najwięcej ze wszystkich okazywał uwagi naszej miejscowej koleżance. Po jego wyjeździe musztarda stała się dla niej substytutem jego obecności. Za każdym razem widząc słoik polskiej musztardy wracały jej ciepłe wspomnienia związane z jego pobytem.
Po powrocie do Polski opowiedziałem koledze o tym,  co się wydarzyło u B, i że wyjadłem im całą musztardę. W związku z tym musi szybko tam pojechać, gdyż z powodu braku musztardy, będą tam za mim mocno tęsknić.

Offline dage

  • **
  • Wiadomości: 88
Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Odpowiedź #100 dnia: Luty 15, 2019, 06:54:05 pm »
Dziwne metody
 
Pewnego dnia pobytu u B cały dzień spędziliśmy na pracy w ogrodzie. Żeby mogła powstać ta zielona wyspa, od kilkunastu lat B musiał dostarczać roślinom wody. Przez kilka lat B podlewał rośliny wodą, którą czerpał z kanału rzeki, oddalonego od jego domu o dwieście metrów. Po jakimś czasie, gdy pojawiały się kolejne domostwa, trzeba było pomyśleć o doprowadzeniu wody poprzez  wodociąg. B wraz z uczniami cztery razy kopali rów długości kilkuset metrów, aby położyć rury doprowadzające wodę do jego posesji. Ze względu na małe ciśnienie wody, za czwartym razem, zeszli do poziomu czterech metrów poniżej gruntu. Dalej z tego poziomu, wodę do domu, dostarcza pompa mechaniczna. Dziś już nikt nie pamięta, jak ciężką pracę trzeba było włożyć, aby dziś móc zajadać się owocami zrywanymi prosto z drzewa.
B postanowił, że nauczy mnie szczepić drzewka owocowe. Wcześniej nigdy tego nie robiłem i nie widziałem siebie w przyszłości w roli ogrodnika. Kazał szczepić - więc szczepiłem.
Pierwsza metoda polegała na nacinaniu gałązki i pnia drzewa. Trzeba było równo rozciąć gałąź, aby nie uszkodzić miazgi. Następnie owijaliśmy przeszczepioną gałąź taśmą izolacyjną  - używaną przez elektryków, by ją docisnąć do drzewa.
B powiedział, że można szczepić ze sobą dowolne drzewka owocowe. Na przykład można mieć morele na drzewie śliwy. Kluczem doboru przeszczepu jest tylko podobieństwo pestki. Gdy drzewa mają je podobne, nie ma żadnych przeciwwskazań.
Po szczepieniu dzikich drzewek wydających niesmaczne, małe owoce, jedna mała gałązka szlachetnej ich odmiany, potrafi zmienić wszystkie wydawane do tej pory owoce w wielkie i soczyste.
Najbardziej zszokowała mnie druga metoda szczepienia, jaką pokazał mi B.
Wziął wiertarkę wykręcił w drzewie dziurę i wetknął tam gałązkę. Następnie wziął trochę ziemi z pod drzewka, splunął aby ją nawilżyć i posmarował nim skaleczone drzewo. Powiedział, że ziemia dobrze goi rany drzewa i jeśli przyjdzie mi kiedyś ścinać gałęzie lub smarować połączenia szczepów, to zamiast wydawać pieniądze na różne sklepowe medykamenty, najlepiej zrobić to właśnie ziemią.

Offline dage

  • **
  • Wiadomości: 88
Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Odpowiedź #101 dnia: Luty 16, 2019, 01:19:15 pm »
Praca
 
Pewnego dnia w domu B zepsuł się piecyk gazowy podgrzewający wodę.  Dwóch miejscowych uczniów B wzięło się za jego naprawę. Z zaciekawieniem zacząłem przyglądać się ich pracy. Jeden z nich był lekarzem, a drugi pracował w stadninie przy koniach. Wiedząc, że gazownictwo może być dla nich wielkim wyzwaniem, zapytałem kiedy przyjdzie do naprawy gazownik. Z drwiącym śmiechem stwierdzili, że to nie Polska i tu wszystko robi się samemu. Największy szok przeżyłem patrząc, jak  podpalali zapałki i przytykali je do naprawianych połączeń rur, by sprawdzić czy nie ma nieszczelności i nie ulatnia się tam gaz. Później w Polsce też widziałem jak nasi gazownicy tną rury z płynącym gazem bez obawy o wybuch. Wyjaśnili mi przy okazji, że gaz jest niebezpieczny tylko wtedy, gdy ma duże stężenie.
Kolejną pracą, jaka wywarła na mnie duże wrażenie była naprawa magnetowidu przez tegoż lekarza. Zapytałem go wprost czy się zna na naprawach sprzętu rtv. Odrzekł, że jeszcze nie i się uśmiechnął.
Patrzyłem przez godzinę, jak ogląda lutowane połączenia. Ruszał tranzystorami, opornikami i innymi mechanicznymi elementami. Ku memu zdziwieniu wypatrzył jeden spalony tranzystor, który rozpoznał po tym, że płytka koło niego była trochę poczerniała. Na drugi dzień kupił brakujący element, wlutował go w płytkę i ku memu zdumieniu magnetowid zaczął działać.
Gdy po powrocie wróciłem do Polski i przyszło mi wydać pięćdziesiąt złotych na wymianę tłumika przedniego w moim aucie, postanowiłem, że wymienię go sam. Oczywiście w tej decyzji pomogło mi moje skąpstwo, które chciało zachować kasę dla siebie, a nie oddawać je mechanikowi. Pojechałem do kolegi na kanał, pół dnia kląłem i złorzeczyłem całemu światu, gdyż sam musiałem kręcić śrubki jednocześnie pod autem i przy silniku. Wszyscy koledzy byli zajęci piciem piwa, więc nie mogłem zbytnio liczyć na dodatkową pomoc. Parę razy już miałem rzucić tę robotę i dać zarobić fachowcom, ale za każdym razem  przypominałem sobie prace, jakie wykonywał znajomy lekarz. Grunt, że po kilku godzinach męki wyjechałem naprawionym autem z garażu kolegi. Byłem z siebie dumny jak paw.
Po kilku latach przebywania z B okazało się, że uczy on wszystkich swoich uczniów, aby nie bali się wyzwań stawianych im przez życie. Nie ma takiej pracy, której B by się nie podjął. Sam zbudował swój dom, choć z wykształcenia jest psychologiem. Nauczył się murować, tynkować, spawać.
Dziś, gdy ktoś mnie pyta, co robi historyk na budowie, odpowiadam, że pracuję i robię to, co też umiem. Odróżniam się tylko tym od innych, że dzięki szkoleniu u B, w ciągu pięciu minut mogę zająć się całkowicie inną dziedziną życia i robić to równie dobrze.

Offline dage

  • **
  • Wiadomości: 88
Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Odpowiedź #102 dnia: Luty 17, 2019, 12:50:41 pm »
Talent
 
Kilka razy na przykładzie innych ludzi B mówił, że mają wielki kapitał w postaci talentu. Mi też cały czas nieustannie powtarza, że muszę pisać. Buzialka znalazła na necie film – „Bab Aziz”, który polecał B poprzez swoje konto w internecie. W filmie było pokazane życie jednego księcia pustyni, który został sufim.
W sentencji filmu zapamiętałem najbardziej jego słowa dotyczące sensu życia, jaki pojął bohater filmu. Najważniejsze w życiu jest rozwijanie talentu danego od Boga, gdyż tylko tak nasza osobista droga prowadzi nas do jego poznania. Fajnie, że podkreślono, że - ze względu na osobiste predyspozycje każdego człowieka - nie ma potrzeby podążać drogami innych ludzi. Wielka różnorodność pozwala ludziom iść z kimś obok i nie przeszkadzać jeden drugiemu w poznawaniu świata i jego praw. Ważne jest też zaufanie do siebie i swojej drogi. Ile lat B powtarza mi o pisaniu? Ciekawe, ile zajmie mi zaakceptowanie faktu, że moja droga prowadzi przez pisanie. Ciężko mi w to uwierzyć, ze względu na moją słabą znajomość języka polskiego i niedobory w słownictwie, aby przekazać swoje spostrzeżenia dotyczące świata wewnątrz i na zewnątrz mnie. Co zrobić, jak mój świat legnie w gruzach po rozmowie z napotkanymi ludźmi? Wydaje się, że powinienem wiedzieć o życiu dużo więcej, tym bardziej w dziedzinach, w których kończyłem szkoły o danym profilu nauczania. Jestem w szoku przy każdej rozmowie z ludźmi i ich zasobem informacji na interesujące ich tematy. Za każdym razem moje ego cierpi i pokazuje mi ogrom braków w wykształceniu. O czym zatem mam pisać, skoro sam niczego nie wiem, nawet na tematy ogólnie znane? Jak pisać o czymś, co wymaga zgromadzenia ogromnej energii, żeby w ogóle dostrzec temat, nie mówiąc o dalszym jego poznaniu i przekazaniu tego innym ludziom?
Albo przede mną głupim dużo pracy, albo B się myli co do mojej osoby.

Offline dage

  • **
  • Wiadomości: 88
Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Odpowiedź #103 dnia: Luty 19, 2019, 08:35:13 pm »
Mycie zębów
 
Po kliku dniach imprez wstałem rano i pierwsze co zrobiłem to poszedłem napić się wody. B już siedział przy stole i robił wszystkim śniadanie. Usiadłem przy stole i popijałem wodę małymi łykami. Tak się zagadałem z B, że nawet nie poszedłem zrobić porannego siku. Po jakimś czasie wstała jedna z naszych koleżanek i ustawiła się pod drzwiami oczekując w kolejce do toalety. B popatrzył na mnie chytrze i już wiedziałem, że będzie mnie w coś wkręcał. Myślałem, że przypuści na mnie atak bezpośredni, lecz on zaczął wychwalać koleżankę. Mówił mi, żebym spojrzał na nią. Koleżanka w piżamie stała z ręcznikiem i szczoteczką do zębów. B wychwalał ją za to, że ona jak tylko wstanie to od razu idzie myć zęby. Od razu pojąłem aluzję, że mam się iść umyć, gdyż po wczorajszej imprezie roztaczałem na całą okolicę woń trawionego alkoholu. B nie pił, więc ten zapach mógł go dodatkowo drażnić.
B opowiadał nam kiedyś lokalną anegdotę, na przykładzie której można nauczyć się, jak z taktem zwrócić komuś uwagę w taki sposób, aby się ten ktoś nie obraził. Teściowa jeśli chciała zwrócić uwagę synowej nie mogła tego zrobić bezpośrednio. Wołała wiec do siebie córkę i zwracała jej uwagę w kwestiach, co do których miała zastrzeżenia do synowej. Gdy kończyła besztać córkę, a wyglądało na to, że synowa nie odniosła żadnej z uwag do siebie, kończyła „przedstawienie” następująco: – „Do ciebie córko mówiłam, a ty synowo słuchaj”.
Kiedyś u B „mycie zębów” miało jeszcze inne znaczenie.
Gdy w jednym miejscu przebywa razem dużo ludzi, ciężko jest wszystkich zadowolić. Jeden chce ćwiczyć od rana, drugi woli medytować w ogrodzie, a trzeciego lepiej nie budzić. B wyznaczył mnie wtedy na swojego pomocnika - lekarza od „klimaksu”. Miałem pilnować  aby wszyscy od rana mieli dobry humor. Pytałem więc każdego, czy go coś boli, czy w czymś mógłbym pomóc. Część osób wiedziała jaką „medycyną” dysponuję i od rana zamawiała kilka „kropli propolisu” na wzmocnienie. Kto miał zły nastrój musiał myć zęby. Mycie zębów polegało na wypiciu kieliszka wódki. Nawet mała ilość alkoholu przesuwała u wszystkich moich pacjentów punkt samoświadomości, zmieniając momentalnie ich nastrój.

 

misy kryszta?owe