Forum IRN - Rozwój Świadomości

Sklep Ezoteryczny szamanskibeben.pl

Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
Dage / Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Ostatnia wiadomość wysłana przez dage dnia Styczeń 18, 2019, 10:17:48 pm »
Kiedyś B, pokazał jak piecze chleb i dał wszystkim zadanie to opisać. Akurat mam opis jednej dziewczyny.
"O tworzeniu chleba
 
… Przed Twórcą Chleba wielka, drewniana taca pełna była mąki z wodą, fragmentarycznie posklejanej w odstręczające, rozmazane zlepki. Na nich spoczywały z niezwykłym spokojem i miłością oczekujące ręce Twórcy.
Dłonie na tle klajstru stanowiły pokrzepiający widok. Były zapowiedzią pewności
w działaniu. Wiedziały ku czemu dążą. Promieniujące z nich ciepło i opanowanie zadziwiały - w zestawieniu z obrzydliwą masą, na której tkwiły.
 
-   Patrzcie na tacę. Jest na niej nietknięta jeszcze mąka. Kiedy dodałem wody, zaczęła się sklejać, rozmazywać i zmieniać postać. To jeden wielki Chaos.
 
-   Pierwszy raz robię chleb i nie wiem jak. Czy mi się uda?
Jak połączyć te przypadkowe grudy, półpłynne, nieuformowane i wymykające się obróbce? Czy wszystkie da się skonsolidować w jedną całość? Może niektóre
z nich, ze źle przesianej mąki, nie poddadzą się wyrabianiu i nie wejdą w jednolitą strukturę?
 
Grudy, faktycznie, były różne. Przywierające i odpadające od dłoni. Jednorodne, połączone z wodą lub opierające się jakiemukolwiek łączeniu: woda sobie, mąka sobie. Gruzłowate i gładkie, rozpadające się już na samym wstępie albo ciążące do zjednoczenia z objawiającą się z Chaosu masą.
 
-   Przyjrzyjcie się mące. Zanim przystąpiłem do przygotowania ciasta doglądałem jej regularnie. Wystarczy na miesiąc zostawić mąkę samą sobie i zalęgną się
w niej robaki. Zepsuje się. Nie można zostawić mąki, zapomnieć ani na chwilę,
że jest i wymaga troski, gospodarskiej ręki, bo zawsze dotknie ją proces rozkładu.
 
-   Dodałem tu wszystko, co znalazłem, co miałem w domu, co miałem do dodania. Dałem znacznie więcej niż daje się do przeciętnego chleba, wszystko, co podyktowało mi serce, co wydawało się, że może uszlachetnić ciasto ponad przeciętność.
Naprawdę wszystko.
Sięgałem na różne półki, na wiele półek. Znalazłem czerwony pieprz i drożdże, typowe i nietypowe pachnące zioła i sól. To eksperyment.
Co jeszcze, może inna proporcja? Spróbujcie, może soli. Może jeszcze jakiejś przyprawy. Trzeba próbować, żeby ostateczny efekt smakowy był najdoskonalszy.
 
Nie ma przepisu. Jest tylko wyczucie Twórcy, całkowite poświęcenie procesowi kreacji. Poszukiwanie wewnątrz siebie rozwiązań, dyktowanych sercem, zdobytych życiowym doświadczeniem w harmonii doboru, tkwiących
w podświadomości, dążących do wykorzystania.
 
-   Wyrabianie chleba to bardzo ciężkie zajęcie. Ileż trzeba siły. Poskładać ten Chaos,  który wymyka się i wyślizguje, kruszy, rozpada albo, wręcz przeciwnie, przykleja. Natrętnie zaś przyklejony przywiera do dłoni całą swą lepką masą – nie do oderwania, nie do usunięcia, męcząco. Wszędzie się wciska – nieprzyjemnie pod paznokcie, boleśnie w pęknięcia skóry, w drobne ranki.
 
Ręce Twórcy Chleba, podążając za Jego słowami, z wielką siłą, spokojem
i cierpliwością poruszają się pośród Chaosu brył o różnej konsystencji. Pracują bez pośpiechu, ale też i bez przerwy, świadome każdego nacisku, każdego kolistego ruchu. Gładzą i ugniatają. Rozcierają i na powrót sklejają. Korygują złą konsystencję powstających brył, bez żalu niweczą własny trud, o ile jego pośrednie efekty nie są zadowalające. I znów budują, od początku, niezmordowanie, uzyskując coraz lepszą substancję, coraz bardziej homogeniczną, coraz bardziej przypominającą ciasto. Wbrew oporowi materii, jej automatycznym sprzeciwom, inercji pozbawionej świadomości masy. Mimo bólu pełnych mąki i soli zadrapań, mimo zmęczenia mięśni i niepewności – czy się uda? Ten pierwszy raz?
 
-   Patrzcie, na razie ciasto jest miękkie. Nie ma swej własnej postaci, podatne na zewnętrzne bodźce, które wpływają na jego nietrwałą konfigurację.
 
Wkrótce potem pośród chaotycznej masy wyodrębniają się pojedyncze strefy
o odpowiedniej konsystencji. Są coraz twardsze, coraz bardziej sprężyste. Powoli wyłania się bryła – Chaos poskładany w początkową, jeszcze niedokończoną formę.
 
-   Tak się robi grupę. Z chaosu, z różnych elementów. Trzeba próbować. Tego dodać. Tamtego dodać. Posolić. Jeszcze wody. Podsypać świeżej mąki.
 
Wreszcie  pod palcami zaczyna materializować się konkretny kształt, już skonsolidowany, wciąż bardziej elastyczny, prężny, samodzielny twór. To już nie płynny zarys, krótkotrwała efemeryda. To pierwszy zwiastun oczekiwanych przemian.
 
Ciasto zaczyna być przyjemne w dotyku. Jednorodne i spójne. Oddaje ciepło dłoniom. Poddaje się ruchom rąk, współpracuje z nimi, odpowiada na ich impulsy. Nie jest już rozproszone po całej tacy. Przestało żyć własnym, iluzorycznym życiem, staje się bytem, zgodnym z koncepcją Twórcy.
 
-   Żeby powstał chleb trzeba jeszcze wielu czynników. Potrzebna jest blacha do wypieku. Musi być piec, a do pieca specjalne drzewo. Właściwa temperatura
i czas pieczenia. Czujność Twórcy, doglądającego ostatecznej obróbki. Wszystkie te elementy muszą być dobrane w odpowiedni sposób, we właściwej chwili, nie wcześniej i nie później, żeby chleb był najwyższej jakości. Ten moment zależy wyłącznie od Twórcy, jego wyczucia i doświadczenia. Nikt inny,
a zwłaszcza ciasto, nie może pomóc.
 
-   Nie ma przepisu. Co zrobić, żeby się udało?
 
Przychodzi wreszcie ów moment,  kiedy Twórca  czuje, że czas przygotować półprodukty do ostatecznej obróbki – pieczenia. Precyzyjnie, nożem – przygotowuje odpowiednie porcje. Skupia się i milknie. Z największą dokładnością nadaje ciastu kształt. Powoli, pewnie, konsekwentnie.
 
-   Jakie piękne ciasto. Jak pięknie pachnie. O ileż piękniej pachnie niż sama mąka. O ileż bogatszy, pełniejszy jest ten zapach.
 
Doskonałe bryły. Jednorodna konsystencja. Ze wszystkich stron tak samo ugniecione.
 
Na koniec szlif, wygładzanie powierzchni pieszczotliwym, pełnym miłości ruchem spracowanych, zmęczonych dłoni. Wszystko zostało już zrobione, wszystko powiedziane.
W cieście spoczywa gotowy do inicjacji program, który zrealizuje się w trakcie wypieku. Nic już nie może być zmienione. Jeśli gdzieś, na którymś z etapów wyrabiania ciasta pojawił się błąd, uaktywni się teraz z całą pewnością.
Twórca Chleba przygotował substancję i wybrał moment. Efekt ostateczny zależy jednak od niej, od skuteczności tkwiącego w niej programu.
Czy będzie rosła czy opadnie? Czy osiągnie niepowtarzalną kombinację lekkości, sprężystości i twardości? Czy będzie mieć zahartowaną, odporną powierzchnię? Delikatne, aromatyczne, smaczne wnętrze? Czas pokaże. Pora na oczekiwanie
i chwile niepewności.
Bolą zmęczone dłonie. Pieką zadrapania, do których dostała się sól. Ciężkie, niewdzięczne chwile pomiędzy twórczym wkładem pracy i ostatecznym jej efektem.
Żmudne oczekiwanie. Nieunikniona komponenta kreacji.
Twórca, jednakże, potrafi czekać. Jest cierpliwy.
 
Jeśli w końcu upiecze się chleb odpowiedniej jakości, będzie wówczas pachnieć najpiękniej. Ten chleb nie będzie sztuką dla sztuki, nietykalnym pięknem
i doskonałością na piedestale. Ten chleb będzie prawdziwym, wartościowym pokarmem, od początku przeznaczonym do spożycia. Wszyscy będą go jedli. Odda na ich użytek, a także na użytek Twórcy cały swój niepowtarzalny aromat
i smak, odwdzięczając się za trud i poświęcenie, karmiąc ciało i duszę.
W ten sposób wypełni zadanie, w ten sposób zrealizuje swoje przeznaczenie."
2
Dage / Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Ostatnia wiadomość wysłana przez dage dnia Styczeń 18, 2019, 01:18:14 pm »
Nie wiem co Ci powiedzieć. Moje ciasto na chleb podlega obróbce. Nigdy nie wiesz, czy z tego nie wyjdzie zakalec.
Nie mam listy umiejętności lub dyplomu potwierdzającego, że cokolwiek się uczyłem.
3
Negai / Spotkanie ze zmarłą babcią
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Negai dnia Styczeń 18, 2019, 12:56:45 pm »
Witajcie! Miałam dziś wyjątkowo wyraźny sen... zarazem budzący intensywne uczucia.
Śniło mi się że byłam sobie w szpitalu, w zasadzie nic w tym dziwnego ale nie znałam tego oddziału. Ledwo sen się rozpoczął i słyszałam jak ktoś mnie woła zza pleców, toteż odwróciłam się na pięcie by zobaczyć kto mnie woła.
Ujrzałam moją babcie, leżała na łóżku szpitalnym na korytarzu i machała do mnie ręką, była radosna i energiczna, tak jakby zupełnie uwolniona od cierpienia i troski. Wyglądała na 60 parę lat (czyli wiek w którym umarła) ale miała tak jakby gładką skórę i lekko promieniowała światłem.
-Wiktoria! Jak sie cieszę że Cię widzę! Nawet nie wiesz jak się cieszę!- Mówiła podekscytowana, podeszłam do niej, wiedziałam że ona jest martwa więc zdziwiła mnie jej obecność, od razu więc jak ją zobaczyłam zrozumiałam że to sen ale nie miałam potrzeby go przerwania/zmienienia. Od razu weszłam z nią w kontakt.
-Babciu, przecież ty nie żyjesz. -Stwierdzam, nadal jednak miałam pewność że rozmawiam własnie z nią.
-Wiem że nie żyje. Ale wiesz... tak sie cieszę że cie widzę, bo ja wiecznie chodzę po tych szpitalach, gubię się w nich, chodzę po różnych miejscach... tyle dobrze że teraz już nie cierpię. Ale wiecznie te szpitale.  Inaczej wyobrażałam sobie życie po  śmierci. -Mówi mi troche zmartwiona. 
-Babciu jakby nie patrzeć, sporą część życia spędziłaś w szpitalach. Ale teraz już czujesz się dobrze? 
-Tak, ja w sumie nie pamiętam nawet o mojej chorobie. Ale mam już dosyć tego błądzenia, chciałam by było inaczej.
-Przecież masz wolną wolę. Wiesz o tym? Jeśli tylko chcesz, możesz znaleźć światło i udać się do niego. -Powiedziałam, w sumie bardzo automatycznie, nigdy nie znałam się na przeprowadzaniu ludzi na drugą stronę, ale mam wrażenie że intuicja dobrze mi podpowiedziała co mam powiedzieć.
-W sumie masz rację... tak zrobię. -Odpowiedziała mi i zniknęła.

Potem jeszcze chwile sen trwał, spotkałam moją nauczycielke która chodzi teraz ze mną na praktyki i moje koleżanki. 
-Umarła nasza pacjentka. Była młoda, ale miała zakażoną krew i dostała sepsy. Chcecie zobaczyć toalete pośmiertną? - Zapytała nauczycielka. Moje koleżanki dość ochoczo się zgodziły, co mnie zdziwiło bo w rzeczywistości pewnie każdy chciałby tego uniknąć. Pani wyciągneła rękawiczki przed siebie i zaproponowała by ktoś kto będzie jej pomagał je ubrał, w zasadzie dość dlugo nie czekałą bo ja stwierdziłam że ,,trudno jak trzeba to trzeba" i je ubrałam. Weszłyśmy do ponurej lazience której było przygaszone światło i ogólnie bardzo neimiła atmosfera. Na stole leżały zwłoki, młoda dziewczyna faktycznie miała maksymalnie 30 pare lat, długie brązowe włosy, zamknięte oczy. Moja nauczycielka coś tłumaczyła, ale toaleta nie przebiegała tak jak teoretycznie powinna. Chciała wziąć jej rękę ale ta trudno się uginała, zaczęła klepać tą kobietę po twarzy (??) co wydało mi sie już mega dziwne. Chwilami miałam wrażenie że te zwłoki się kurczą i lekko poruszają, nauczycielka podała heparyne podskórnie (taki lek rozrzedzający krew kolokwialnie mówiąc) tłumaczyła to jakoś ale to nie było zbyt logiczne. Podniosła te zwłoki do pozycji siedzącej, one zrobiły się czerwone i strasznę, mi zrobiło się mega smutno i zaczęłam płakać, miałam wrażenie że zaraz zemdleje, ona zapytała czy wszystko ze mną w porządku. Ja się uspokoiłam, zaczęłam myć plecy, po chwili się obudziłam.
Jak się obudziłam to nadal miałam jakiś taki niepokój, podobne odczucia miałam jak na pogrzebie mojej babci miałam zobaczyć jej zwłoki (do czego w końcu nie doszło). Dziś w trakcie dnia przypomniało mi się nagle że za 3 dni jest już 4 rocznica śmierci mojej babci, tyle tylko że przed snem o tym zupełnie nie pamiętałam i w sumie w ogóle o niej nie myślałam. 
4
Dage / Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Ostatnia wiadomość wysłana przez EosCris dnia Styczeń 18, 2019, 12:16:45 pm »
Dage, ale mi głównie chodzi o to, co nauczyło Ciebie całe to doświadczenie z B? A Ty wciąż mi odpowiadasz wymijająco, po tym wnoszę, że idziesz w ciemno :)
5
Dage / Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Ostatnia wiadomość wysłana przez dage dnia Styczeń 18, 2019, 11:59:51 am »
Gotowanie z żywiołami
 
Na Kaukazie nauczyliśmy się przygotowywać „kaumycki czaj”. Jest to zielona herbata, którą mieszkańcy Tybetu piją z mlekiem, z dodatkiem pieprzu i soli. Sprzedawana jest w „płytach”, sprasowana jak deska paździerzowa. Żeby ją podzielić na kilka osób, cięliśmy ją piłą kątową, gdyż zwykła ręczna piła nie dawała rady. Napój ten jest bardzo kaloryczny i muzułmanie piją go chętnie przed wschodem słońca w czasie Ramadanu. Do smaku można się przyzwyczaić. Bardzo smakuje w chłodne dni i na drugi dzień po imprezie. Gdy znajomi pokazali nam jak przygotowywać herbatę, podkreślali, że trzeba ją przelewać czterdzieści razy podczas gotowania. Nie bardzo wiedzieli po co się to robi i jako powód swoich działań, wskazali na wiekową tradycje.
Podczas ostatniego naszego wyjazdu, B dostał od w prezencie cztery małe złote rybki. Stały w słoiku przy kominku. Na drugi dzień rybki zaczęły się dusić i pływać pod powierzchnią lustra zmętniałej wody. Nie bardzo było wiadomo, jak im pomóc, gdyż nie mieliśmy możliwości udać się do sklepu akwarystycznego, aby zakupić potrzebne akcesoria. Wśród ozdób w pokoju B – kryształów, kamieni, wyrobów rękodzieła, znalazłem mini fontannę. Fontanna przypominała wydrążony dzban w którym kaskadami przelewał się woda. Wymontowałem z niego pompkę i za pomocą wężyka używanego przez B do zlewania wina, stworzyłem system napowietrzania miski z wodą, która posłużyła rybkom za nowe akwarium. Popatrzyłem na swoje dzieło i stwierdziłem, że jest na miarę „gruzińskiej pracy”. Dla przykładu powiem, że „gruzińskie pranie” polega na jednorazowym zamoczeniu pranej rzeczy w balii z wodą. Leniwy Gruzin piorąc ubranie, nawet nie zdejmuje pranych rzeczy z siebie. Najtrudniej było przekonać kota, żeby nie zjadł rybek. Zajął się tym sam B. Gdy kot stał nad miską i wpatrywał się głodnym wzrokiem w pływające w misce rybki, B powiedział do kota, żeby nie ruszał rybek, gdyż to są „nasze” rybki (w znaczeniu - jedne z nas). Kot o dziwo zrozumiał, gdyż choć wielokrotnie przyglądał się rybkom i miał tysiące okazji, to ich nie ruszył. Po kilku dniach pojawił się kolejny problem, gdyż woda w misce znowu zaczęła zakwitać. Tym razem problem rozwiązały dziewczyny. Znalazły aktywny węgiel i zawinąwszy go w gazę stworzyły filtr, który oczyszczał wodę.
Dzięki temu akwarium odkryłem, że Kaumycy przygotowując herbatę dodatkowo napowietrzają ją, dodając żywioł powietrza, do żywiołu wody. Natomiast w naszym akwarium żywioł ziemi pomógł nam oczyścić żywioł wody, a pompka odzwierciedlała żywioł ognia, który wymuszał działanie i przemiany wszystkich żywiołów, aby do wody dostarczyć powietrza.
Gotując z żywiołami nadajemy naszym potrawom nowej jakości, jakiej nie ma w podstawowej wersji pożywienia. Przykładem takiego działania może być pieczenie chleba. Z różnych składników, na skutek zachodzenia różnych procesów chemicznych powstaje chleb, który jak mawia B jest „cudem transformacji”. Proces pieczenia chleba jest też doskonałą alegorią „tworzenia” człowieka wiedzy.
6
Dage / Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Ostatnia wiadomość wysłana przez dage dnia Styczeń 18, 2019, 11:54:11 am »
Jak piszę bajki dla dzieci to nikt mnie nie utożsamia z lwem albo osłem. Ciężko jest mi się samemu oceniać, tym bardziej gdy dochodzi do tego, że mam wybór  zostać tępym ćwokiem lub błaznem.W tym przypadku jedno i drugie stwierdzenie będzie prawdziwe. 
Don Juan traktował swoich uczniów indywidualnie. Dostosowywał nauczanie do poziomu ucznia. Castaneda mógł opisać tylko swój kąt widzenia. Zanim nie dowiedział się, że są też inni uczniowie, opisywał nauki jakie dotyczyły jego osobiście. Na przykładzie jednego ucznia nie można stwierdzić jakie nauczanie preferuje nauczyciel. 
7
Dage / Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Ostatnia wiadomość wysłana przez EosCris dnia Styczeń 18, 2019, 09:33:10 am »
Widzę, że ten B do reszty Cię Tobą zawładnął bo nie masz nawet juz swojego zdania i nie potrafisz w jakiś normalny sposób się odnieść do tego co piszę :) ciekawe...
8
Dage / Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Ostatnia wiadomość wysłana przez dage dnia Styczeń 17, 2019, 12:24:59 pm »
Więc to taaak?!
 
Podczas jednego wyjazdu do B, jechaliśmy do niego przez cztery dni pociągiem. Razem z nami jechał nasz trzyletni wówczas syn. Jeden znajomy wylał przypadkiem na Buzialkę gorącą herbatę. Poparzyła mocno całe przedramię i brzuch. W pociągu nie było jak jej pomóc i przez dwa dni cierpiała i pryskała na rany tylko pantenolem. Gdy już dojechaliśmy do B, ten kazał przyrządzić jej mumio z ziołami i smarować rany. Rany były dość poważne i ślimaczyły się przez trzy tygodnie. Trwałoby to jeszcze dłużej, gdyby żona B, nie powiedziała mu, że ma już dosyć widoku poparzonej skóry. B zawołał Buzialkę i kazał pokazać ranę. Pogapił się na rany rozproszonym wzrokiem, przeciągnął ręką nad raną i kazał iść ją posmarować. Rany na ręce i brzuchu zaczęły znikać i po tygodniu były całkowicie wygojone. Po powrocie do Polski Buzialka miała tylko przez jakiś czas lekko brązową, jakby opaloną słońcem skórę w miejscu oparzeń. Żona kilka razy po tym fakcie oparzyła rękę, którą jej wyleczył B. Skóra czerwieni się przez jakiś czas, a potem - jakby nigdy nic, wraca do pierwotnego wyglądu.
Z uzdrawianiem jest jeszcze jeden ciekawy przykład. Któregoś dnia, o świcie usłyszeliśmy, że B woła moją żonę, żeby przyszła i zrobiła mu masaż, gdyż strasznie go bolą plecy. Akurat tak się złożyło, że w tym momencie moją Buzialkę tak bolał kręgosłup, że ledwo zlazła z łóżka. Walczyła ze sobą i zastanawiała, czy powinna iść pomagać B, ze względu na swój stan zdrowia. Dowlekła się do pokoju, gdzie spał B, i zaczęła mu masować plecy i rozmawiać o różnych sprawach. Po niedługim czasie, skończyła masaż i po chwili ze zdziwieniem spostrzegła, że jej ból pleców minął. Zmrużyła oczy, popatrzyła na B i spytała jak dziecko: „Więc to taaak!?” B się tylko uśmiechnął przebiegle i szybko wyszedł.
Z takimi ludźmi jak B, to nigdy nie wiadomo, czy jak mu niby pomagasz, to w tym samym momencie on bardziej nie pomaga tobie.
Jest taki rosyjski film o chłopcu z biednej rodziny, któremu w codziennym życiu chciała pomóc jego nauczycielka. Chłopiec jednak ze względu na swój honor nigdy by nie przyjął pomocy od nikogo. Zapraszała go więc do siebie i grali w karty na pieniądze. Przez długi czas chłopiec był przekonany, że zarabia pieniądze, gdyż dobrze umie grać w karty i sprzyja mu szczęście. Po jakimś jednak czasie, podczas rozgrywki przejrzał chytry plan swojej nauczycielki. Wstał z krzesła, rzucił karty na stół i wykrzyknął do niej „Wot eta daaa?!” („więc to taaak!?”). Wiele razy B ze śmiechem przywoływał tę właśnie scenę z filmu. Jest to bardzo dobra droga pomagania innym w nieco ukradkowy sposób, tak żeby się nie zorientowali. Dzięki takiemu postępowaniu osoba, dla której coś robimy nie musi czuć się dłużnikiem i ma wrażenie radosnej kontroli. A jej mina – o ile się zorientuje – bezcenna. Gdyby dało się wymieszać na twarzy wściekłość z radością, obraz byłby odpowiedni.
9
Dage / Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Ostatnia wiadomość wysłana przez dage dnia Styczeń 17, 2019, 12:23:32 pm »
Jak by to powiedział B "czas pokaże" :)
10
Dage / Odp: Moja przygoda z Magicznymi krokami
« Ostatnia wiadomość wysłana przez EosCris dnia Styczeń 17, 2019, 08:40:44 am »
Dage, przez cały czas zastanawiam się czy Ty to robisz specjalnie abym wzmacniała swoją nieskazitelność czy Ty tak na poważnie to opisujesz? :) Bo mi jest ciężko w to uwierzyć, że dorośli ludzie robią to co robią i jeszcze myślą, że to jest dobre dla nich ::) Ja z Twoich wpisów wywnioskowałam, że już od bardzo długiego czasu spotykasz się z B ale nie widzę u Ciebie żadnych postępów... Albo super grasz albo rzeczywiście wierzysz w to co opisujesz. Jak to drugie to ja Ci współczuję! Bardzo bym chciała żebyś powiedział że to jednak wszystko było dla beki, fake (żart).
Wystawiać kolesia na piedestał, który jawnie Was naciąga to jest szczytem głupoty, a co gorsze,że robi to w imię Carlosa Castanedy i don Juana!
Fakt faktem,  dzięki Twoim wpisom bardzo się wzmacniam!
Co mnie nie zabije to mnie wzmocni :)
;)
Strony: [1] 2 3 ... 10
misy kryszta?owe