Forum IRN - Rozwój Świadomości
Instytut Roberta Noble

Moja przygoda z Magicznymi krokami

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #150 dnia: Lipiec 16, 2019, 10:13:20 am
Buty syna
 
B opowiadał nam jak któregoś razu kupił swojemu synowi nowe buty. W sklepach nie bardzo było co kupić, a jemu za duże pieniądze udało się je kupić od handlarzy z Turcji. Po tygodniu syn wrócił ze szkoły bez butów. B wziął chłopaka na rozmowę i zapytał stanowczo co rozbił z butami. Trzy razy syn zarzekał się, że zostawił je nad morzem. B powiedział mu, że ma powiedzieć prawdę, inaczej tego pożałuje. Syn opowiedział, że pewien chłopak z jego szkoły uciekł z domu bez butów, a jemu zrobiło się mu bardzo szkoda i oddał mu swoje. B odstąpił od wymierzenia kary i jeszcze mu pogratulował. Opowiadając nam tą historię cieszył się pod wąsem, że bardzo dobrze wychował syna.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #151 dnia: Lipiec 17, 2019, 11:02:57 am
Kapusta i marchewka
 
Po tytule, można mniemać, że będzie o uprawie roli. Niestety nie znam się na tym również jak na pisaniu książek. B za każdym razem, gdy dziewczyny z Polski przejmują we władanie jego kuchnię, narzeka na jadłospis.  Niby taki z niego wojownik, a nie podoba mu się jak dostanie do jedzenia, co prawda kolejny dzień, danie z kapusty i marchwi. Jeśli podobno możemy uzyskać wiedzę również z jego narzekania, to warto zastanowić się o co tym razem mu chodzi. Każdy z nas ma na pewno swoje ulubione potrawy, które mógłby konsumować w każdej sytuacji, bez względu na strefę klimatyczną, czy kraj aktualnego przebywania. Zawsze po powrocie od B jadę do teścia na schabowego z ziemniakami i ogórkiem dodatkowe trzysta kilometrów, gdyż je bardzo lubię. Nie miałbym też nic przeciwko temu, aby u B każdego dnia podawano schabowe. Czy tylko chodzi o smak potraw? Wiadomo, że przy dużej liczbie gości ciężko jest wszystkim dogodzić kulinarnie, lub przygotowywać potrawę każdemu z osobna. Czy w tym narzekaniu B może chodzić o coś innego niż smak potraw? Możliwe, że jeśli mamy możliwość doświadczyć czegoś nowego to powinniśmy skorzystać z takiej okazji i zajadać się np. miejscową kuchnią. Dodatkowe wrażenia smakowe mogą przecież wpłynąć na postrzeganie dotychczasowej kuchni. Kiedyś wielką popularnością cieszyły się różne przyprawy, przywożone z najdalszych zakątków świata. Niektórzy żeby poczuć przedsmak dalekich wypraw, wydawali czasami na nie fortunę. Ile ludzi straciło życie, ryzykując dalekie wyprawy? Może zdobywanie wiedzy przypomina czasami takie wyprawy handlowe. Jedzie się kilka lat. Gdzieś daleko, gdzie żyją dzicy ludzie, aby spróbować czegoś czego nie można dostać w swojej okolicy. Wiadomo, że ogórki są pyszne. Jednak dopiero posolony i popieprzony ogórek powoduje wrażenie „nieba w gębie”. Po powrocie  z takiej wyprawy oprócz wspomnień zdobywamy fortunę sprzedając przywiezione egzotyczne towary. Może wiec warto będąc kolejny raz u B nie narzekać na kuchnię i przez jej przykład, brać wiedzę w takiej postaci jak nam ją dają nie pławiąc się marzeniami o tym co już znamy i jest nam bliskie, chociaż nierzadko jest to nienajlepsze dla naszego rozwoju.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #152 dnia: Lipiec 18, 2019, 10:19:14 am
Jezus

Pewnego razu otrzymaliśmy od jednej z koleżanek spisaną opowieść o tym jak B miał spotkanie z Jezusem. Miało się to odbyć w drugiej uwadze, podczas pracy z całą naszą grupą. Szliśmy gdzieś po pustyni, gdy nagle dostrzegliśmy ruiny zniszczonej świątyni. Gdy podeszliśmy bliżej, na zachowanych ścianach budowli można było dostrzec zniszczone przez czas, wiatr i piasek freski. Na jednej ze ścian namalowany był Jezus z uczniami. Gwałtownie wszyscy upali na kolana. Jezus z fresku wyszedł ze ściany. Podszedł do B i kazał mu wstać. W tym czasie wszyscy z nas klęczeli z twarzami przyciśniętymi do piasku. B od razu powiedział, jak to ma w zwyczaju, że nie jest godzien wstać przy tak wielkim Nauczycielu. Ten położył ręce na głowie B i mu pobłogosławił, nakazując dalszą pracę.
« Ostatnia zmiana: Sierpień 07, 2019, 11:12:05 am wysłana przez dage »


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #153 dnia: Lipiec 19, 2019, 11:32:52 am
Leczenie zębów
 
Gdy poznałem B nic nie wiedziałem o systemie wartości jaki reprezentuje on sobą. Byłem tak zafascynowany wszystkim co nowe i ezoteryczne, że łykałem wszystkie opowieści o mocy jaką rzekomo posiadał człowiek, dzięki któremu poznałem B. Człowiek ten miał swój gabinet w którym przyjmował i leczył ludzi. Przy naszym pierwszym spotkaniu zdiagnozował u mnie guzki w tarczycy. Poszedłem na USG i rzeczywiście miałem guzki. Byłem jego wielbicielem. Chodziłem do jego gabinetu, gdy tylko mogłem. Chciałem robić to co on. Przy okazji robiłem mu niezłą reklamę, przez co zarabiał sporo na mnie, ale również na mojej rodzinie i znajomych. Któregoś razu zaprosił mnie na obiad. Poszliśmy do pobliskiej knajpki. Jedliśmy rybę, która była specjalnością zakładu. Do dziś ślina mi cieknie jak sobie to przypomnę. Nigdy wcześniej nie przepadałem za rybami i tradycyjnie wolałem schabowe z ogórkiem i ziemniakami. Pod koniec obiadu znajomy lekarz stwierdził, że trzeba wracać do gabinetu, gdyż „widzi”, że zebrała się pod nim spora grupka ludzi. Byłem w szoku. Jak tak można „widzieć”, że ktoś czeka pod gabinetem siedząc kilkaset metrów od niego? Jak wróciliśmy siedziało pod gabinetem kilka osób. Metody leczenia w gabinecie były rożne. Głównie stosowano chińskie zioła, których cena była spora. Kolejną metodą stosowaną w gabinecie były lampy ze światłem spolaryzowanym, którymi można było naświetlać chore organy. Końcową i jak dla mnie najlepszą metodą leczenia jaką stosował ów lekarz była akupunktura. Wydawało mi się, że jak ktoś zna punkty akupunktury to może wyleczyć wszystko. Kupiłem u niego nawet atlas akupunktury, oraz diodę laserową, aby naświetlać sobie punkty, które zostały przez niego wskazane. Miałem uczyć się o świetle spolaryzowanym, ale że kurs się nie odbył, poszedłem w dobrej cenie na kurs B. Znajomy lekarz uczestniczył również w kursie. Co jakiś czas przyprowadzał różnych ludzi do B i kazał mu potwierdzać, że mają problemy z guzkami w tarczycy. B za każdym razem musiał tłumaczyć przestraszonym ludziom, że z ich tarczycami nie ma takiego problemu, jaki wmawiał im ten lekarz.
Byłem kiedyś z rodzicami u drugiego takiego lekarza, który u wszystkich swoich pacjentów widział krzywe kończyny i pasożyty. Sprytnie nastawiał każdemu obie nogi, aby miały równą długość, a na robaki, które rzekomo miało się po zjedzeniu w młodości marchwi prosto z pola, przepisywał drogie zioła.
B leczył zgoła inaczej. Kiedyś do niego w gości przyszedł człowiek z bólem zęba. B kazał mu wypić kieliszek wódki i wziąć Mumio. Po piętnastu minutach, gość zapomniał o bólu i bawił się z nami przez długi czas. Od razu po wyjściu gościa B powiedział, że musi iść i trochę odpocząć, gdyż boli go ząb.
B cały czas powtarza nam, a szczególnie mi głupiemu, że jak chcemy pomagać ludziom to musimy poczuć to co oni czują. Nie ma różnicy, czy to będzie ich ból, smutek, czy radość. Jak to mawiają, nie da się nikomu opisać smaku chleba.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #154 dnia: Lipiec 20, 2019, 10:05:12 am
Impuls
 
Zawsze B podkreśla, że praca „sercem” polega na dawaniu impulsów innym ludziom, aby mogli  pozytywnie zmienić coś w swoim życiu. Od kilku lat przychodzi do nas kolega. Kilka lat temu Buzialka nie mogła się powstrzymać i tak dała koledze popalić, że przez pewien czas unikał nas jak ognia. Kolega nie jest już najmłodszy i nadal szuka swojej drogi w życiu. Jego problemem był brak możliwości kontynuacji podejmowanych działań. Zaczynał zajmować się rysowaniem, czy robieniem zdjęć, ale zawsze brakowało mu wiary i determinacji do zajęcia się tym pełną parą. Sprawy zawodowe odzwierciedlały również stan jego uczuć. Jak tu pokochać kogoś, gdy się ma świadomość, że takie zobowiązanie  może oznaczać bycie z kimś do końca życia, a nam brakuje sił do długoterminowych działań? Najważniejsze, że kolega dostał od Buzialki konkretny wykład na temat jego poczynań. Dodatkowo został przez nią zmuszony do ukończenia rysunku jaki zaczął u nas malować, gdy przyszedł do niej na prywatną lekcję. Buzialka miała nauczyć go malowania obrazów.  Pod presją, ukończył rysunek jaki zaczął. Od bardzo długiego czasu nie mógł ukończyć czegokolwiek czego się podejmował. Kolega ten wybrał się kilka lat temu do nas na imprezę sylwestrową. Była dość wesoła atmosfera. Grubo po północy wpadłem na pomysł, aby urządzić występy artystyczne. Każdy miał coś zaśpiewać, zatańczyć lub co tam zaimprowizować. Ważne było to, że pozostali tworzyli swego rodzaju publiczność, która nadawała powagi wszystkim wystąpieniom. Nie były wiec to anonimowe wygłupy, lecz poważne występy. Przy obecnej rozmowie kolega wypomniał nam, że on przyszedł do nas na relaksującą imprezę, a my mu urządziliśmy konkurs talentów.  Dziś przyszedł powiedzieć, że cały czas myśli o tym co usłyszał od Buzialki wiele lat temu. Przy okazji przyniósł dyplom za zajęcie pierwszego miejsca w konkursie wokalnym. Żeby wystąpić, nie dość, że musiał nauczyć się kilku wybranych przez jury piosenek festiwalowych, to także wygospodarować czas, aby wyrwać się z pracy.  Udział w festiwalu spowodował, że  musiał się w pełni zaangażować, gdyż niedawno podjął pracę za granicą i na występy jechał kilka tysięcy kilometrów.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #155 dnia: Lipiec 21, 2019, 10:03:26 am
Inny wymiar.



Pewnego razu B przyjechał do Polski zimą. Większość uczniów spotkała się z nim w O, gdyż tam miały się odbywać kursy ćwiczeń Tensegrity. W tamtym okresie było bardzo dużo ćwiczących osób. Jakoś tak się złożyło, że większość osób się pochorowała. Dom M – gospodyni, uczennicy B nazywana przez wszystkich Matka M, ze względu na swoje wielkie serce i czułość z jaką przyjmowała u siebie wszystkich ćwiczących, stał się jednym wielkim szpitalem. Rozchorował się B i kilku jego uczniów, którzy przyjechali na zajęcia z różnych miast Polski. Jeszcze na domiar wszystkiego siostrzeniec Matki M, który mieszkał u niej ze względu na studia na które uczęszczał w O,  złamał rękę i leżał obolały wśród chorujących osób. W sumie z odwiedzającymi w mieszkaniu M było zawsze kilkanaście osób.

B miał wysoką gorączkę i leżał w łóżku kilka dni. Większość osób próbowała mu jakoś pomóc, czy to parząc zioła, podając leki, modląc się czy też próbując wykonywać różne ćwiczenia. Widziałem już kilka sytuacji w których B tracił świadomość lub skarżył się na ból serca. Po takich akcjach B wypominał, że ludzie których on tak bardzo kocha i im pomaga, nie umieją choćby na chwilę wczuć się w jego położenie i nie ma w nich nawet grama współczucia dla stojącego w obliczu śmierci człowieka. Wiedząc, że i ta choroba może skończyć się niemiłym, dla mego ego wykładem na temat człowieczeństwa, postanowiłem przynajmniej na chwilę wydusić z siebie choć trochę współczucia. Moje wysiłki doprowadziły do tego, że i owszem mogłem podać herbatę, masować zimne nogi, czy ręce B, ale ni jak nie mogłem wzbudzić w sobie żadnych uczuć. Nawet teraz jak mówię, że kogoś kocham to gdzieś w środku czuję się jakbym kłamał. Najłatwiej jest mi mówić, że kogoś kocham po spożyciu większej ilości sercowego odmrażacza w postaci alkoholu. Ciężko jest mi pogodzić się z myślą, że jestem zimny jak polodowcowy głaz z piosenki o Maxi Kazie – super podrywaczu.

Najbardziej z tego pobytu w O utkwił w mej pamięci fakt, gdy B ocknął się w pewnym momencie na chwilę i zapytał w którym jest wymiarze. Matka M odpowiedziała mu szybko, z odrobiną ironii, że dziesiąty. Do tej pory zastanawiam się co można odpowiedzieć pytającemu człowiekowi w takiej chwili?

Sam miewam chwile zaraz po przebudzeniu, że nie jestem pewien, gdzie jestem, ani czy to co przed chwilą się ze mną działo było w tym świecie, czy to może był sen. Morfeusz w filmie „Matrix” dobrze określił ten stan: „jeśli byś się nie obudził, to skąd byś wiedział, że był to tylko sen?”

Poza tym B powiedział nam, że chorobę też można wykorzystać do pracy nad sobą. Stan w jakim znajduje się człowiek w czasie choroby pozwala łatwiej przemieścić punkt samoświadomości. Punkt samoświadomości B określił jako to coś, co jest w każdym z nas i co jest odpowiedzialne za sposób postrzegania świata. Świat jest taki, jakim go widzimy. To, co widzimy zależy tylko od położenia punktu samoświadomości. Zmieniając położenie punktu, zmieniamy otaczający nas świat.
« Ostatnia zmiana: Lipiec 22, 2019, 09:24:56 am wysłana przez dage »


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #156 dnia: Lipiec 22, 2019, 09:22:30 am
Tuzik
 
Któregoś razu wybraliśmy się z E do B zimą. Po przyjeździe na miejscu okazało się, że przywieźliśmy im prawie zimę stulecia. Było tyle śniegu, że miejscowa komunikacja busikami zwanymi tam marszrutkami, odbywała się tylko w wyjeżdżonych wąskich tunelach Zaspy sięgały do połowy wysokości samochodów. Wszyscy byli w szoku i zapewniali nas, że zima u nich wygląda tak, iż nocą śnieg pada a rano już go próżno szukać na ulicach.
Część pobytu spędziliśmy na daczy, a cześć w domu B. Podczas jednej z wypraw na daczę B pokazał nam swojego psa. Pies kilka miesięcy temu przybłąkał się pod dom i B postanowił się nim zaopiekować. Był to nieduży kundel którego B nazwał Tuzik. Pewnego razu wracaliśmy z daczy do mieszkania. Tuzik towarzyszył nam przez całą drogę, aż do przystanku marszrutek. Sami ledwo przedzieraliśmy się przez zaspy, a psa w nich to prawie nie było widać. B cały czas odsyłał go aby wracał na daczę. On jednak cały czas nas odprowadzał. Kiedy wróciliśmy po kilku dniach, Tuzik już przed bramą czekał na nas wymachując ogonem z radości. B pokazał na niego palcem i powiedział mi abym zobaczył na jego przykładzie co to jest wierność.
Gdy ponownie przyjechaliśmy latem, Tuzika już nie było. Odszedł tak jak i się pojawił. Na szczęście zdążył coś mi pokazać.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #157 dnia: Lipiec 23, 2019, 10:52:12 am
Sen
 
Siedzieliśmy z B przy stole. Nagle B powiedział, żeby każdy powiedział głośno i przez serce, że chce dostać wiedzę.
Od razu  odpowiedziałem, że nie jestem w stanie określić czy tak naprawę tego chcę. Tym bardziej, że miałem chcieć tego przez serce.
B odrzekł, że jedyną rzeczą którą mogę w takiej sytuacji zrobić, to podjąć decyzje i ją głośno wyrazić.
Odpowiedziałem jakoś dziwnie „chcę no”.
Po jakimś czasie B powiedział, że teraz będzie przekazywał nam wiedzę. Wyglądało to tak jakby oddechami wysiłkiem swojej woli przy każdym wydechu z płuc wysyłał poprzez swoje serce strumienie energii. Ta energia docierała do naszych serc otwierając je i wlewając się w „nas”.
Gdy B skończył nagle przede mną zapaliła się na stole mała gałązka choinki. Zgasiłem ją szybko. Gałązki zapaliły się jeszcze przed dwoma osobami siedzącymi przy stole. Jedna z gałązek zapaliła się przez starszym mężczyzną, który tak jakby drzemał i w moim odczuciu nie zauważył tego faktu. Krzyknąłem do niego aby ugasił płomień. Miałem wrażenie, że jeśli on nie zauważy znaku i szybko nie zareaguje, straci swoją szansę.
Przyszło mi do głowy, że te płomienie to znaki i byłem bardzo zadowolony, że akurat mi się to przytrafiło.
B zmęczony poszedł spać. Poszedłem gdzieś do jakiejś knajpy w mieście. Miałem jednego papierosa i choć nie palę, chciałem zapalić go niejako w „nagrodę”. Usiadłem pomiędzy stolikami przy ludziach, których za dobrze nie znałem. Zacząłem palić.
Tak się jakoś złożyło że usiadłem pomiędzy dwoma kobietami. Po chwili czułem, że obie kładą głowy na moje ramiona.
Tak jak by wyczuwały, że mam otwarte serce i bardzo dużo energii od B.
Postanowiłem spróbować oddawać energię w ten sam sposób co B.
Oddychając wysyłałem im to co mi dał B. Gdy już skończyłem, wstałem i odszedłem od śpiących kobiet.
W głowie świtała mi myśl, że jeśli i one będą chciały kiedyś pracować sercem, będą musiały mnie odnaleźć.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #158 dnia: Lipiec 24, 2019, 10:54:28 am
Tolerancja

Niedawne wydarzenia jakie miały miejsce w moim mieście sprawiły, że zacząłem przypominać sobie jak B reagował na różne dziwne sytuacje. B nigdy nikogo nie dyskryminował za jego "inna" orientacje seksualną. Wśród osób ćwiczących są takie osoby. Niemniej jednak zawsze, gdy do jego domu przychodziła rodzina, znajomi czy goście zabraniał manifestowania swoich poglądów.  Przyzwoite zachowanie przy stole i właściwy ubiór był wymagany. B nie pozwalał nam wychodzić do miasta w krótkich spodenkach, czy sukienkach, oraz z odkrytymi ramionami. B martwił się bardzo o to, aby nasze zachowanie lub strój, nie prowokowały miejscowych. Miejscowi to w większości muzułmanie i nie tolerują u siebie zachowań uznawanych za wyzywające. Stara maksyma powiada, że będąc w Rzymie należy zachowywać się jak rzymianie. Poza tym stosując zasady gospodarza okazujemy mu tym samym szacunek. Swoją „ideologię” możemy przecież stosować w obrębie swojego domu.
B podkreśla, że nie każdego można i trzeba kochać. Jako przykład podał, że był kiedyś na wykładzie człowieka, który twierdził, że kocha wszystkich ludzi. Gdy był czas na zadawanie pytań, B wstał i zapytał go, czy może go nauczyć kochać osobę, która zabiłaby jego dziecko? Niestety nie dostał jednoznacznej odpowiedzi, gdyż w miłości bliźniego od słów do czynów jest ogromna przepaść.
Któregoś razu podczas naszego pobytu do B trafia kobieta, której syn zginął podczas ataku na szkołę w Biesłaniu. Kobieta miała pretensję do B, że jako muzułmanin przyjmuje u siebie chrześcijan. B powiedział jej, że ich religia nie przeszkadza w serdecznym przyjmowaniu gości. Wskazując na nas oświadczył, że w tej chwili też jest chrześcijaninem, gdyż najważniejszą w tym momencie zasadą ich religii jest właściwe przyjmowanie gości. Kobieta zaczęła opowiadać o jej żalu do chrześcijan, że jej syn nie żyje. B powiedział jej, że jedyny żal można mieć tylko do siebie, gdyż B wychował tak dzieci, że żadne z nich nie trzyma pistoletu pod łóżkiem, tak jak to robił syn tej kobiety. B potępił też działania w wyniku których, dorosły mężczyzna w swojej walce ideowej, osłania się niewinnymi dziećmi. B powiedział jej, ze nie może zrozumieć jak dorosły facet, chowa się za dzieckiem, które w tym momencie sika ze strachu w spodnie.
Przez to, że do B przyjeżdżali Polacy, dużo osób chciało się z nami poznać z czystej ciekawości. Niektórzy z nich myśleli, że B prowadzi coś na kształt „domu schadzek”.  Swobodne stroje i normalne dla nas zachowanie powodowały, że w niektórych głowach miejscowych, powstawały urojone wizje naszej obyczajowości. Któregoś razu do B przyjechał nasz znajomy, który przywiózł ze sobą jakiegoś „pułkownika”.  Gdy dowiedział się o naszym pobycie bardzo chciał się z nami zapoznać. Niestety pod wpływem alkoholu „pułkownik”, który uważał się za ważną osobistość, zażądał od B, by ten dał mu polki. B gdy tylko to usłyszał, złapał go za klapy i tak mu przywalił z głowy, że tamten aż upadł. B wywlókł gościa za bramę i naszemu znajomemu powiedział, żeby go wywiózł szybko z jego domu, gdyż nie ręczy za siebie, jeśli usłyszy od niego jeszcze jedno słowo na ten temat. Nakazał mu również, żeby staranie dobierał ludzi których do niego przywozi.
« Ostatnia zmiana: Lipiec 25, 2019, 10:35:07 am wysłana przez dage »


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #159 dnia: Lipiec 25, 2019, 10:32:00 am
Sens muzyki

Kilkanaście lat temu, jedna z dziewczyn podczas pobytu B w Polsce, przyniosła mu film wideo. Tytuł filmu to „Wszystkie poranki świata” z Gerardem Depardieu. Film opowiada o losach dwóch wielkich francuskich muzyków Sainte-Colombe i jego ucznia Marin Marais. Sainte-Colombe grając na wiolonczeli u wezgłowia umierającego przyjaciela, dowiaduje się, iż właśnie nagle umarła mu żona,  którą tak bardzo kochał. Po tym fakcie cały poświęca się muzyce. Przed śmiercią szuka ucznia któremu miałby przekazać swoją wiedzę. Jego poprzedni uczeń, przez którego umarła jego córka, prosi go o ostatnią lekcję. Nauczyciel zastanawia się czy zdoła mu dać pierwszą. Podczas ostatniego spotkania Sainte-Colombe, próbuje wytłumaczyć Marin Marais jaki jest sen muzyki:

„Trochę wina należy zostawić umarłym, tak wiec panie płoniesz, źródełko dla tych, którzy utracili mowę, dla cieni dzieci, aby złagodzić uderzenia młotkiem szewców, dla stanu który poprzedza dzieciństwo, kiedy byliśmy bez oddechu i bez światła”

B zrobił swoim uczniom seans filmowy i kazał przewijać ten fragment kilkanaście razy. Pytał przy tym każdego o zrozumiany sens słów wypowiedziany przez Nauczyciela. Oczywiście najczęstsze odpowiedzi udzielane przez oglądających dotyczyły Boga i miłości. B kazał wszystkim medytować nad sensem tych słów. Słuchając ostatnio muzyki z tego filmu, moim ciałem przebiegł dreszcz. Dotarło do mnie po tylu latach, że muzyka Sainte-Colombe i jego ucznia Marin Marais powodowała przesunięcie punktu scalającego. W filmie pokazano jak potrafili oni swoją muzyką przywołać postaci ludzi których kochali, a którzy odeszli.
B opowiadał kiedyś, że zawsze podczas wykonywania masaży leczniczych słuchał muzyki .Ave Maria”.  Wydaje mi się, że B odpowiednią muzyką poprzez przesunięcie punktu scalającego, łączył się ze swoim ciałem energetycznym. Tak wykonywany masaż nie polegał tylko na ugniataniu odpowiednich punktów w ciele. Największą prace wykonywało jego ciało energetyczne. W wykorzystaniu muzyki podczas masaży, nie chodziło więc tylko o odpowiedni nastrój, jak mi się to wcześniej wydawało.  
B kazał mi zwrócić uwagę na jeszcze jeden fragment z tego filmu. Sainte-Colombe, żeby osiągnąć taki poziom wiedzy, ćwiczył grę na wiolonczeli po szesnaście godzin dziennie.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #160 dnia: Lipiec 26, 2019, 02:41:02 pm
Cierpliwość
 
Poszliśmy nad morze. Były duże fale. B kazał nam nie odpływać za daleko od brzegu. Przy okazji B wspomniał jak kiedyś sam odpłynął za daleko. Złapał go skurcz nogi i nie mógł o własnych siłach dopłynąć do brzegu. Nie było też możliwości zawołać kogoś o pomoc. B przestraszył się, że zaraz utonie. Przypomniało się mu jednak co mówił jego nauczyciel, że Bóg zawsze daje możliwości poradzenia sobie z każdą sytuacją i należy tylko mu zaufać, gdyż wszystkie jego działania mają swój cel. B szybko przypomniał sobie co należy robić w takich sytuacjach. Położył się spokojnie plecami na falach i płynąc pod kątem czterdziestu pięciu stopni do brzegu, udało mu się w końcu do niego dopłynąć. Płynąc na plecach nie musiał używać nóg, a przez to, że nie płynął bezpośrednio najkrótszą droga uniknął działania fal, które zabierały go coraz bardziej w morze.
Drugi raz jak cierpliwość pozwoliła B przeżyć, opowiedział mi jak wysyłał mnie po wino do piwnicy. Pod domem jest wymurowana piwnica. B zaczął budować się w dzielnicy jako jeden z pierwszych. Dopóki nie zabetonowali całej dzielny, mieszkało tam dużo żmij i skorpionów.  Zdarzało się, że co jakiś czas w piwnicy pojawiała się zabłąkana żmija. Któregoś razu B wszedł do piwnicy w poszukiwaniu butelki wina, którą schował przez swoimi uczniami. Uczniowie całe dnie starali się odkryć, gdzie ich nauczyciel schował zrobione przez siebie wino. Różnie można uczyć uczniów jasnowidzenia. B schował butelkę tak dobrze, że sam  musiał przedzierać się przez najdalsze zakątki pomieszczenia. Nagle w samym kącie budynku B zauważył żmiję. Żmija była jadowita. B za bardzo nie miał jak wyjść z piwnicy, aby nie sprowokować żmii do ataku. Ze względu, że szybko chciał stamtąd wyjść, postanowił ją zabić. Rozejrzał się dookoła, ale nie bardzo było co wziąć do ręki, aby użyć tego do zabicia gada. B musiał czekać, aż gad łaskawie wyjdzie z piwnicy. Gad po kilku minutach wypełzł z piwnicy. Okazało się, że obok niego była druga żmija. Gdyby B walczył i nawet zabił jednego węża, drugi by go ugryzł i nie wiadomo jak dalej potoczyła by się ta historia.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #161 dnia: Lipiec 27, 2019, 01:41:38 pm
Hartowanie ciała
 
Znajoma poleciła mi właśnie filmiki z Win Hofem – człowiekiem zimna. Stworzył on swój program hartowania ciała poprzez oddech, medytację i ćwiczenia fizyczne. Przyzwyczajanie ciała do zimna jest jak najbardziej wskazane dla zdrowia i praktykowane we wszystkich częściach świata. Po tym jak B sam wykąpał się w górskim strumieniu, a potem pozwolił i mi, szukałem sytuacji do doświadczania ekstremalnych doznań ciała. Morsowanie było pierwszym krokiem jaki wykonałem. Po sezonie zimowym mroziłem wodę w baniakach i następnie wlewałem ją do wanny. Najwspanialszy moment zimnych kąpieli to ten, w którym czujesz centymetr po centymetrze dokąd dotarło ciepło, które ogrzewa ponownie twoje ciało. Podczas mojego rocznego zamieszkiwania na Kaszubach zimą rąbałem lód na stawach, które miałem pod domem. Miało to natlenić stawy, gdyż na jesieni udało mi się w nich złowić jednego szczupaka i nabrałem ochoty na złapanie kolejnego. Codziennie wyrąbywałem siekierą kila otworów i z nadzieją podlodowego połowu, spędzałem około godziny na czekaniu na branie. Niestety ryby nie brały. Mam nadzieję, że to nie przez to, że przed świętami Bożego Narodzenia urządziłem sobie kąpiel w jednym z wyrąbanych przerębli.
Do morza od domu miałem około trzydziestu kilometrów, a zimowe kąpiele w nim udało mi się zrobić tylko kilka razy. Miało to związek z tym, że zwykle nie chciało mi się po pracy jechać z powrotem do Trójmiasta. W pracy na świeżym powietrzu, niezależnie od pogody, spędzałem  minimalnie po dziesięć godzin dziennie. Uważałem, że wystarczająco się namarzłem w pracy, abym jeszcze musiał brać zimne kąpiele. Zimą kąpałem się w morzu tylko, gdy miałem odpowiednią motywację w postaci wizyty którejś z koleżanek. Wtedy nigdy nie było mi zimno, nie było daleko do morza i nie byłem zmęczony po pracy. Dobrze, że ich wizyty nie były aż tak częste, bo inaczej nie wyłaziłbym z wody.
Gdy zamieszkałem ponowie na Podlasiu myślałem o powrocie do morsowania. Nawet zacząłem odpowiednie przygotowania. Jesienią zaczęliśmy jeździć z synem rowerami nad jezioro, kąpać się w nim i wracając do domu kupować coś sobie do jedzenia na mieście. Nie pamiętam co skończyło się szybciej mój zapał, czy pieniądze na fast foody.  Na szczęście znalazłem basen w którym jest sauna i jaskinia lodowa.  Dzieci szybko załapały, że zimno nie szkodzi po tym jak właściwie rozgrzejemy ciało przed i po wyziębieniu. Od razu po saunie chodziły ze mną do jaskini lodowej, a później wygrzewały się w ciepłych bąbelkach solankowych.  
Zimą dwa lata temu kąpiele zamieniłem na naukę jazdy na nartach. Prawie dzień w dzień, z soplami pod nosem, jeździłem po kilka godzin dziennie doskonaląc technikę jazdy. Po kilku dniach nie miałem problemu z przebieraniem się na śniegu w strój narciarski. Niestety sezon zimowy zakończyłem kontuzją kolana i na kolejną zimę musiałem wymyślić coś nowego.
Po ostatniej mojej wizycie u B, zacząłem praktykować poranne i wieczorne zimne prysznice.  Zimna woda rano pobudzała mnie do działania lepiej niż kawa, a wieczorem dawała orzeźwienie, abym mógł jeszcze poczytać przed snem i rozumieć czytany tekst.
Najciekawsze w hartowaniu ciała jakie prezentuje Wim  Hof jest odpowiedź na pytanie jak udaje mu się robić takie niesamowite rzeczy, jak wchodzenie prawie nago na górskie szczyty, czy długie siedzenie w zimnej wodzie? W filmach prezentowanych przez Wima dużą uwagę przywiązuje się do specyficznego oddychania i do ciągłego oswajania się z zimnem. Podczas rozmowy moja znajoma powiedziała, że jak oddycha tak jak pokazano na filmach, to jej świadomość „odjeżdża”. Nie wiem czemu, ale wszystkie te informacje skojarzyły mi się z tym co czytałem u Gurdzijewa o hipnozie. Według autora książki w stan hipnozy można wprowadzić kogoś za pomocą błyszczącego przedmiotu, lub zmieniając mu ciśnienie krwi. Jeśli moje skojarzenia są prawidłowe, to Wim wykorzystuje hipnozę, która pozwala mu na wykonywanie tak niesamowitych rzeczy. Specyficzne oddychanie wprowadza go w stan hipnozy, a odpowiednia autosugestia programuje jego umysł, powodując, że jego ciało nie jest wrażliwe na zimno.  
 

 
Któregoś razu siedzieliśmy z B przy ognisku. Nagle B wpadł na pomysł, że będziemy chodzić boso po rozżarzonych węglach. Niestety do realizacji pomysłu nie doszło, gdyż ktoś w porę dostrzegł, że poprzednia osoba która paliła w tym miejscu ognisko, wrzuciła do niego watę szklaną. Poprzednim razem gdy B chodził po węglach poparzył sobie stopy. B przygotował odpowiednio grupę.  Szpaler osób miał iść przez ogień równym rytmicznym krokiem. B miał iść pierwszy. Gdy wszedł już na węgle, jedna z osób która szła za nim, zawahała się z wejściem na długą chwilę. W tym czasie nogi B zapadły się pod węgle. Technika chodzenia po węglach z tego co mówił B, polega na rytmicznym stawianiu stóp w których podwija się palce, aby uniemożliwić dostanie się tam żaru. Przy chodzeniu po ogniu w odpowiednim nastawieniu psychiki, sytuacja wydaje się podobna jak w chodzeniu po śniegu. Pod wpływem mistrza ceremonii trzeba wejść w odpowiedni nastrój, który powoduje, że nie odczuwa się stopami ciepła. Co w pojęciu Castanedy odpowiada przesunięciu punktu scalającego w odpowiednie miejsce.
Mnie osobiście B oswajał z ogniem w ten sposób, że podczas pieczenia ziemniaków w specjalnie skonstruowanym grillu do szaszłyków, wyjmował je z ognia szybkim ruchem ręki i rzucał je do mnie krzycząc łap. Taki gorący ziemniak przez chwilę piekł w palce, ale jak się go szybko przerzucało z ręki do ręki, to jakoś można było wytrzymać.  Pod koniec pieczenia ziemniaków nawet odważyłem się wyciągać je bezpośrednio ręką z żaru. Na początku ciężko mi się było przełamać, gdyż bałem się poparzenia.
Cieszy mnie tylko jedno. Dobrze, że jak byłem chory w czasie pobytu u B, to nie wiedział on, że w Polsce w dawnych czasach było znane leczenie ludzi, polegające na wsadzeniu pacjenta do pieca na trzy zdrowaśki. 


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #162 dnia: Lipiec 28, 2019, 11:18:59 am
Równoległe widzenie 
 
W ostatnim czasie pochłonięty ciągłą pracą relaksowałem umysł wkręcając się w ulubioną dyscyplinę sportową kobiet – zakupy.  Dla równowagi kupowania sobie tzw. "zabawek” – np. zegarka z kompasem, termometrem i odmierzaniem przypływów morza, postanowiłem zdobyć trochę zasług u żony i kupiłem jej tzn. „nam” żyrandole do kuchni. Po sześciu latach prowizorek podszedłem do tematu wieszania oświetlenia z namaszczeniem. Jednego dnia kupiłem żyrandol, drugiego przyniosłem do mieszkania z piwnicy wiertarkę, trzeciego wygrzebałem w walizkach z narzędziami odpowiednie kołki. Czwartego dnia po kawie i odpowiedniej medytacji w pozycji leżącej, zabrałem się do pracy. Po nawierceniu czterech otworów i podpięciu kostki, żyrandol „błyszczał” światłem w całej okazałości. Oczywiście z zachwytu od razu położyłem się pod nim na kanapie, aby dokończyć swoją ulubioną medytację. Żona wspięła się w tym czasie na parapet i zaczęła ustawiać regulowane oświetlenie. Chciała wydobyć wszystkie walory jej rękodzieła w postaci obrazu baletnicy i płaskorzeźby „Drzewa życzeń”, którą mamy przyczepioną do ściany. Oczywiście, że do montażu oświetlenia nie przyniosłem drabiny, gdyż w przeciwieństwie do żony dosięgam do sufitu z krzesła. Poza tym, montaż odbyłby się o dwa dni dłużej, gdyż drabinę trzeba też później odnieść. Leżałem tyłem do mojej małżonki kręcącej się w szale radości po wezgłowiu kanapy i parapecie. Ona w tym czasie oddała się całkowicie regulacji oświetlenia. Zobaczyłem ją w swojej wizji jak spada i wybija lustra z naszej jedynej oszklonej całkowicie szafy. Nie jestem pewien czy zdążyłem nawet mrugnąć, gdy w tym samym momencie dziewczyna poślizgnęła się na kancie łóżka i leciała w stronę luster. Nadal siedząc do niej tyłem podniosłem do góry ręce, które wyhamowały jej upadek i zatrzymały jej ciało przed bezwładnym lotem na szklane drzwi szafy. Chwilę później, gdy było już po wszystkim i zobaczyłem, że nic jej się zbytnio nie stało, zaryzykowałem i powiedziałem, iż wiedziałem, że spadnie. Ryzyko było takie, że mogła powiedzieć, że to moje myśli ją zrzuciły i byłbym winien do końca świata lub jeszcze choćby o dzień dłużej. Co dziwne ona sama potwierdziła, że na ułamek sekundy przed samym upadkiem wiedziała jak to się wszystko skończy i że jeśli spadając nie wyciągnie nogi spomiędzy łóżka i grzejnika, to ją połamie. Lustra miały skończyć jej żywot.
B niejednokrotnie opowiadał nam o swoich upadkach. Mówił  jak to siedział wysoko na drabinie lub drzewie i nagle myśląc, że spadnie, w tym samym momencie spadał dotkliwie się obijając, czy łamiąc przy tym żebra.
Dobrze, że tym razem obeszło się tylko na siniakach, niemniej jednak jesteśmy w szoku jak można widzieć co się za chwilę wydarzy i temu zapobiegać przed samym wydarzeniem. 
Zdarzenie to może to być dobrym przykładem na to, że jednak warto bez żadnych widocznych rezultatów, całymi latami wykonywać dziwaczne ruchy rękami i nogami, budując niby jakieś tam ciało energetyczne.


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #163 dnia: Lipiec 29, 2019, 11:03:41 am
Cenne karteczki

Pewnego razu siedząc przy piwie z dwoma kolegami próbowaliśmy jakoś się porozumieć. Jeden z kolegów był Włochem i mówił do nas po słoweńsku, drugi był Polakiem i mówił po polsku i ja, który mówię i piszę tak, jakby język polski był mi obcy od urodzenia. Mówienie tym samym językiem wcale nie zapewnia komunikacji pomiędzy ludźmi, czego zdarza mi się doświadczać np. w kontaktach z żoną.
Pokazywałem im obraz mojej żony do napisanej przeze mnie bajki „o bramie” i tłumaczyłem, że podejście do świata powinno objawiać się otwarciem się na innych. Obejrzeli obraz, zapili tę moją „benefisową” gadkę piwem, gdy nagle spostrzegłem, że jeden z kolegów robi notatki z moich wypowiedzi. Należy dodać na marginesie, że u mnie w domu nazywamy „benefisami” wszystkie wystąpienia, w których nie daje się szans na wypowiedź pozostałym rozmówcom.  
Zapytałem go, co robi potem z tymi „mądrymi” karteczkami. Odpowiedział, że zbiera je w pudełku, i że ma już ich sporą ilość. Zapytałem go więc o to, co robi z nimi dalej. Odpowiedział, że na razie tylko zbiera. Trzeba wspomnieć, że kolega ten nie jest już najmłodszy, a pomimo, że w życiu wiele doświadczył - nadal nie ma sposobu na życie.
Po kolejnym łyku piwa przyszło mi do głowy, że mogę mu pomóc.
W swojej chytrości oczywiście nie chciałem tego robić za darmo.
Zapytałem go więc, czy chce aby te jego karteczki nabrały dla niego wartości.
Zdziwił się tym pytaniem ale wiedząc, że miewam dziwne pomysły czekał z odpowiedzią.
Zaproponowałem mu, że za pieniądze sprawię, że jego karteczki nabiorą znacznej wartości.
Zapytał ile to będzie kosztować?
Odpowiedziałem, że podam mu swoją cenę dopiero, gdy będzie chciał podnieść wartość karteczek.
Powiedział, że się nie zgadza na to, bo mógłbym nagle za te jego pełne mądrości zbiory zażądać od niego stu tysięcy złotych.
Prawdę powiedziawszy chciałem tylko dwieście złotych, aby móc godnie przedłużyć spotkanie.
Zadziwiające jest jednak to, że wycenił swoje skarby na tak dużą kwotę, a zalegały one w jakimś zakurzonym pudle. Bez tej rozmowy może nigdy by do nich nie sięgnął ponownie. Nigdy nie zastanawiał się nawet jakie już zgromadził skarby.
Po paru dniach przedłużającego się spotkania Włoch nadal nie ochłonął po „biznesach”, których był świadkiem i kazał sobie jeszcze raz dokładnie wyjaśnić. Chciał wiedzieć co dokładnie było przedmiotem naszych targów.
Powoli i dokładnie mówiłem mu co i kto powiedział. Po twarzy było widać, że do końca nie rozumie. Zamiast myśleć nad poprawnym tłumaczeniem na nieznane mi języki, postanowiłem w przypływie chwili zrobić biznes i z Włochem. Zapytałem czy ma jakieś wspomnienia i przemyślenia, zdjęcia, które sobie ceni.
Odpowiedział, że ma i chytrze się uśmiechając zaproponował mi ich kupno za sto tysięcy.
Zapytałem go dlaczego uważa, że jego mądrości są mi do czegoś potrzebne? Odpowiedział, że to cenny towar i na pewno na tym skorzystam.
Długo się nie namyślając zadałem mu pytanie, czy sam nie odkupiłby ode mnie swoich wspomnień za sto tysięcy, gdybym wszedł nagle w ich posiadanie?
Trochę zmieszany odpowiedział, że on nie chce ich kupować, tylko sprzedać.
Wstałem od stołu, pokazałem mu palcem na ogromne, zajmujące całą ścianę lustro i kazałem sprzedać jego wspomnienia człowiekowi, którego widzi tam w lustrze.
« Ostatnia zmiana: Lipiec 30, 2019, 11:37:16 am wysłana przez dage »


Offline dage

  • ***
    • Wiadomości: 200
Odpowiedź #164 dnia: Lipiec 30, 2019, 11:36:25 am
Więzy energii są jak więzy krwi
 
Wieloletnia znajomość z B spowodowała, że rozmawiając z B jesteśmy w stanie odgadnąć na przykład to, co za chwilę nam powie. B podkreśla w takich momentach, że odgadywanie jego myśli spowodowane jest podnoszeniem naszych wibracji do jego poziomu. Jest to dla niego widzialny przejaw tego, że jego praca nie idzie na marne.
B często nazywa nas swoimi dziećmi. Do tej pory brałem to za przykład metafory obrazującej relacje zachodzące pomiędzy uczniem i Nauczycielem. Wyobrażałem sobie, że u B jest tak samo jak w szkole, że niektórzy nauczyciele zżyci z uczniami, traktują ich jak swoje dzieci.
To co przeczytałem u Castanedy zmieniło jednak moje podejście do tego tematu.
Istota nieorganiczna wytłumaczyła Castanedzie, że poprzez wymianę energii, został kiedyś krewnym jednej z istot zamieszkujących tunele:
 
„Co to znaczy krewnych?
Podzielenie się energią tworzy pokrewieństwo – odparł. – Energia jest jak krew.”
 
B niejednokrotnie nas leczył i oddawał nam swoją wiedzę. Związki energetyczne pomiędzy nim i jego uczniami są bardzo duże. Czasami jak B o mnie myśli, piecze mnie lewe ucho. Prawe ucho piecze mnie jak o mnie myślą inni ludzie. Po takim fakcie, jeśli rozmawiam telefonicznie z B, opowiada mi, że byli u niego goście i wspominali mnie w swoich toastach.
 
Po gestach B widać wyraźnie kogo przyjmuje do swojego serca, a kogo nie. Kiedyś w polskich górach zdarzyło się, że B przytulił mnie do serca pierwszy raz odkąd się poznaliśmy. Widziałem i czułem, że z w tym momencie z jego serca do mojego przeszedł strumień energii. Później powiedział mi, że do tego momentu mnie nie znosił. Nie tyle mnie samego co mojej energii.
B za każdym razem powtarza nam, że jak się raz kogoś przyjęło do serca to już to jest na zawsze. Wyjaśnia nam przy tym również, iż nie można i nie trzeba wszystkich kochać. Jako ludzie, wszystkim powinniśmy chcieć pomóc w dalszym rozwoju. To jedyny nasz obowiązek względem innych ludzi.


 

misy kryszta?owe